Mark Zuckerberg dołącza do eksodusu miliarderów uciekających z Kalifornii – tym razem na Florydę, gdzie klimat jest łagodniejszy, podatki niższe, a politycy bardziej wdzięczni. Kiedy Kalifornia wprowadza nowe pomysły na opodatkowanie majątku, prywatne odrzutowce znów zapełniają niebo nad Pacyfikiem. I jak zwykle, tłumaczenie brzmi tak samo: „to nie ucieczka, to decyzja biznesowa”.
Według Bloomberga założyciel Meta wraz z żoną Priscillą Chan rozglądają się za posiadłością na Indian Creek Island – miejscu, które Amerykanie nazywają „Billionaire Bunker”.

W sąsiedztwie mieszkają Bezos, Brady, Kushner i Ivanka Trump. Wyspa to mikropaństwo bogactwa: strzeżone wjazdy, własna ochrona i pole golfowe w samym środku – enklawa zbudowana po to, by odciąć się od świata, który płaci rachunki.

Zuckerberg, dysponujący majątkiem ponad 200 miliardów dolarów, posiada już posiadłości w Kalifornii, na Hawajach, w Waszyngtonie i nad jeziorem Tahoe. Ale to właśnie termin jego zainteresowania Florydą wywołuje podejrzenia: zbiegł się z debatą nad nowym podatkiem majątkowym, obejmującym nawet niezrealizowane zyski. Dla milionerów – ryzyko księgowe, dla miliarderów – czerwona flaga.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy tylko ktoś w Kalifornii zaczyna mówić o „sprawiedliwości podatkowej”, w Mizouri rośnie sprzedaż hangarów dla prywatnych jetów.
Chamath Palihapitiya, inwestor znany z ostrych ocen, napisał na X, że po deklarowanym przeprowadzaniu się Zuckerberga „łączna wartość majątkowa miliarderów w Kalifornii spadła poniżej biliona dolarów”. Jego zdaniem to katastrofa na własne życzenie, spowodowana biernością gubernatora Gavina Newsoma. Palihapitiya uderza mocno: mówi o „socjalistycznych akademikach” ze „związków zawodowych”, o idiotycznie napisanym projekcie ustawy i o stanie, które zamiast ciąć wydatki, rzuca się na własnych podatników.
Mówiąc prościej – Kalifornia strzela sobie w stopę, a potem oskarża wiatr.
Rachunek za postęp
Uciekający miliarderzy to tylko wierzchołek kalifornijskiego paradoksu. Dla reszty mieszkańców koszty życia rosną szybciej niż jakakolwiek obietnica reformy. Według Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley rachunki za energię wzrosły w ostatnich sześciu latach o 39%. To najwyższy wzrost w kraju. Dla porównania – w Teksasie niemal bez zmian, w Nevadzie nawet taniej. To cena ambicji, polityki klimatycznej i infrastrukturalnego chaosu.
Uczeni z Haas Energy Institute w Berkeley wskazują winnych: wydatki na zapobieganie pożarom, inwestycje w sieci energetyczne, dopłaty do energii odnawialnej, a także ironiczny efekt subsydiów za panele słoneczne – posiadacze paneli oszczędzają, reszta płaci. „To skutki decyzji podejmowanych dawno temu, ale teraz to ja muszę tłumaczyć się przed wyborcami” – mówi legislator Tri Ta z Orange County.
CYNICZNYM OKIEM: Kalifornia to jedyne miejsce, gdzie można przepalić miliardy w imię ekologii i jeszcze twierdzić, że to oszczędność.
Raport Transparency Foundation pokazuje, że przeciętna kalifornijska rodzina wydaje 30 tysięcy dolarów rocznie więcej niż przeciętna rodzina w USA – na jedzenie, energię, transport i podatki lokalne. To nie jest już raj innowacji, ale laboratorium kosztów życia. A teraz pojawia się kolejny eksperyment – 5‑procentowy podatek od miliarderów na finansowanie programów społecznych.
Zuckerberg i jego krąg nie zamierzają na to czekać. Google’owi założyciele – Larry Page i Sergey Brin – też już nabyli pałace w południowej Florydzie. W oczach świata wygląda to jak karnawał bogaczy, w rzeczywistości – milczący plebiscyt przeciwko Kalifornii. Każdy nowy rezydent Indian Creek Island to mniej pieniędzy w budżecie Sacramento i więcej źródeł pretensji wobec klasy średniej.
Floryda – raj dla zbiegłych fortun
Wszystko to składa się na groteskowy spektakl: ci, którzy finansowali kalifornijski mit postępu, teraz masowo głosują nogami. Zuckerberg pojawia się coraz częściej w Palm Beach i – jak donosi Bloomberg – nawet w Mar‑a‑Lago, w orbicie Donalda Trumpa. Zbieżność nieprzypadkowa: Kalifornia uważa miliarderów za zagrożenie społeczne, Floryda – za dowód sukcesu.
Najnowszy stan rzeczy to więc nie tylko zmiana geograficzna, ale symboliczna: post-liberalny rozłam Ameryki. Jedni uciekają z Kalifornii, drudzy zostają, by walczyć z rachunkami i pustymi obietnicami zielonej transformacji.
CYNICZNYM OKIEM: W epoce sztucznej inteligencji stary podział na bogatych i biednych przetrwał, tylko teraz bogaci po prostu mają większe zasięgi.
Zuckerberg, Bezos, Page, Brin – dawni pionierzy innowacji stają się pionierami ucieczki. Ich samoloty opuszczają złote wybrzeże, a Kalifornia próbuje udawać, że to tylko chwilowa anomalia. Ale prawda jest prosta: tam, gdzie państwo traktuje sukces jak winę, sukces odleci – razem z najbliższym lotem do Miami.


