Żadnych królów (No Kings). Ta fraza brzmi jak obietnica wyzwolenia, jak hymn wolnego społeczeństwa, które zrzuciło jarzmo monarchii i postawiło na samodzielność. Problem w tym, że pusty tron nie pozostaje pusty zbyt długo. Zajmują go miliony małych królowych obu płci, tyranów życia publicznego i prywatnego, którzy – gdyby tylko mogli – kazaliby słono zapłacić za samo zdanie, które właśnie czytasz. Nadzorują zarówno to, co mówisz, jak i to, co bardzo chciałbyś móc w spokoju przemilczeć. Wykorzystują przypadki wyjątkowe, by uzasadnić inwigilację rodzin uczących swoje dzieci w domu, i agitują, by uczynić ten wybór trudniejszym, o ile nie nielegalnym. To ci sami ludzie, którzy de facto uczynili nielegalnym – za pośrednictwem rządu krajowego – powstrzymanie się od zakupu ubezpieczenia zdrowotnego, którego ktoś może nie potrzebować lub nie chcieć, grożąc surową karą finansową za sam akt odmowy.
Żadnych królów, za to miliony ludzi tańczących z radości na wieść o zamachu na Charliego Kirka, mających nadzieję, że to oduczy tych „wieśniaków” buty. Kaci chętnie odcinający niewygodne życia u ich zarania, sprawujący totalną i tyrańską władzę nad najbardziej bezbronnymi, których samo istnienie zależy od dobrowolnych działań tych, którzy chcą ich zgładzić. Roniący krokodyle łzy współczucia, gdy ktoś smutny i samotny postanawia zakończyć życie, zapędzający lekarza lub pielęgniarkę do asystowania przy samobójstwie i tym samym korumpujący ten zawód od środka.

Fantazja kontra rzeczywistość
Żadnych królów, za to fantazyjne królowe, tym drażliwsze i mściwsze, im bardziej ktoś śmieje się z ich fantazji lub choćby mówi – z czapką w dłoni, kłaniając się nisko – że może ta fantazja nie jest rzeczywistością. Wydzierający samą definicję małżeństwa z rąk prawa zwyczajowego i zdrowego rozsądku. Radzi zmuszać dziewczęta do rywalizacji z chorymi psychicznie chłopcami w sporcie, a jeszcze bardziej radzi pozwalać im na inwazję w ich szatniach.
Kontynuujący, z całą mocą i autorytetem szkół, uczelni i mediów, narzucanie wciąż wahającemu się społeczeństwu jednego eksperymentu za drugim – przeciwko rzeczywistości płciowej i przeciwko najbardziej niezawodnemu sposobowi wychodzenia z ubóstwa, jakim jest rodzina. Żadnego króla i królowej prócz Baala i Astarte.
Żadnych królów, za to ludzie o duszach, choć nie o odwadze tyranów. Ci, którzy – jeśli ktoś z faworyzowanej grupy zostanie zamordowany lub rzekomo zamordowany przez policjanta – zorganizują się masowo, by sparaliżować miasto, demolować firmy i blokować ruch na głównych autostradach, unieruchamiając karetki i zrozpaczonych ludzi, których one wiozą. Ludzie zachowujący się tak, by uniemożliwić sprawiedliwy proces – w tym niektórzy piastujący urzędy polityczne, kierujący otwarte groźby pod adresem sędziów, żądający wyroku, który aprobują, i zapowiadający, że sędziowie za to zapłacą, jeśli orzekną inaczej.
CYNICZNYM OKIEM: Demokracja to jedyny ustrój, w którym miliony ludzi walczą o wolność – po to, by natychmiast wykorzystać ją do odbierania wolności innym. Tron zburzono, ale każdy nosi koronę w kieszeni.
Żadnych królów, za to wszędzie niedoszli dyktatorzy, uzbrojeni w pieniądze i władzę organizacji, prześladujący zwykłego człowieka z piekarnią, robiąc z tego sprawę federalną, jeśli grzecznie odmówi on wkładu swojej pracy w celebrację czegoś, co uważa za perwersję.
Żadnych królów, za to ludzie żądni stłamszenia rodzimej ludności poprzez spiskowanie w celu nieegzekwowania praw imigracyjnych – praw należycie uchwalonych przez własnych przedstawicieli ludu w Kongresie. Ludzie zadowoleni z tego, że czynią trywialnie łatwym oddanie głosu drogą pocztową, do czego nie masz upoważnienia. Ludzie nienawidzący mniej zaludnionych stanów i pragnący przytłoczyć je siłą liczebną poprzez wyeliminowanie jednego z ich niewielu kruchych strażników autonomii – Kolegium Elektorów.
Państwo bez króla, ale z milionem wszy we włosach
Żadnych królów, których apetyt na bogactwo był dawniej trzymany w ryzach przez przywileje nadawane mieszczanom i kupcom i którzy mogli brać tylko to, co faktycznie istniało. Za to brudni politycy gotowi opodatkować bogactwo hipotetyczne, które nawet nie istnieje, a jedynie istnieć by mogło – bogactwo nieobecne nawet na papierze, lecz unoszące się w powietrzu przypuszczeń. Gardzący międzypokoleniowym majątkiem rodzinnym, gotowi przejąć wszystkie aktywa po śmierci właściciela pod pretekstem, że każde pokolenie powinno zaczynać od zera. Żadnych królów, tylko Jabba Państwo.
Żadnych królów, za to organizacje pozarządowe z ogromnymi zasobami finansowymi, bez żadnych wytycznych prawnych czy nadzoru nad tym, jak są wydawane – nie na cele charytatywne, lecz na działania polityczne i aranżowanie demonstracji. Za to milion robaczywych kontrolerów myśli w sektorze wysokich technologii, niewidocznie promujących lub tłumiących to, co zechcą, za pomocą algorytmów, które miałyby rządzić zbiorowymi myślami. Żadnych królów, tylko Google i jego nadworny błazen Disney.
Żadnych królów, za to nauczyciele i dyrektorzy szkół, którzy uważają, że wolno im robić z liczną klasą chłopców i dziewcząt to, za co ten dziwny facet z sąsiedztwa zostałby aresztowany, gdyby zrobił dokładnie to samo z jednym dzieckiem. Ludzie barykadujący drzwi przed rodzicami chcącymi dowiedzieć się, co dzieje się w szkole za ich plecami. Żadnych królów, tylko Kinsey uwolniony z wszelkich pęt.
Żadnych królów, za to splot pracowników działów kadr, prawników, sędziów i politycznych grup interesu sprzysiężonych przeciwko każdemu, kto próbowałby zatrudnić Thomasa Edisona bez formalnego wykształcenia. Tym samym windując koszty wyższego szkolnictwa i wyższej indoktrynacji, obarczając rodziny wygórowanym długiem i dając w zamian bardzo niewiele w kwestii prawdziwie ludzkiej edukacji.
CYNICZNYM OKIEM: Zlikwidowaliśmy monarchię, żeby każdy mógł być wolny. Teraz potrzebujesz dyplomu za 200 tysięcy dolarów, żeby mieć prawo zaparzyć kawę w korporacji, a algorytm decyduje, co wolno ci myśleć. Postęp.
Żadnych królów, za to nienawidzący religii i ludzi wiary, głównej przeszkody dla ich władzy, jako że rodzina jest fundamentalną komórką społeczną mogącą stawić opór. Ludzie gorliwi, by uwikłać naród w wojnę z Rosją, a jednocześnie krzyczący z wściekłości na myśl, że Kuba i Wenezuela mogłyby teraz mieć szansę na podniesienie się ze swoich socjalistycznych nieszczęść. Karol Wielki – nie, Konfucjusz – do diabła nie, ale Mao – tak. Waszyngton – nie, ale Castro – tak.
Żadnych królów, za to politycy i ich bogaci lub pomyleni poplecznicy, którzy – aby „ratować planetę” – zmusiliby wszystkich do czerpania energii ze scentralizowanych sieci elektrycznych, nawet energii potrzebnej do podróży samochodem między miasteczkami. Kontrolerzy sztucznie ustanowionych rogatek, wąskich gardeł i punktów kontrolnych, mający moc rzucenia całego narodu na kolana. Żadnych królów, tylko nowy rodzaj Andrew Carnegiego z dziesięciotysiąckrotnie większą władzą i bez żadnego z hartujących doświadczeń ciężkiej pracy fizycznej.
Żadnych królów, za to cenzorzy we włosach każdego człowieka, niczym wszy – nie po to, by pilnować moralności publicznej i chronić oczy dzieci przed obscenicznością, lecz by nadzorować ludzi sprzeciwiających się obsceniczności. Żadnych królów, nawet Boga Wszechmogącego, za to każdy ma być królem lub królową tylko w sprawach, które osłabiają i korumpują. Wolni, by być słabeuszami, niewolnikami i nierządnicami, z utraconą wszelką prawdziwą samowystarczalnością. „Non serviam” – krzyczy niewolnik, oddając ręce państwu, gotowy, by zakuto je w kajdany. Żadnego króla prócz Jaźni i kierowcy tej Jaźni bez Boga – kierowcy zwanego czasem Szatanem. Istotnie, żadnych królów.



