Kiedy Jeff Currie zabiera głos, rynki towarowe nasłuchują. Były szef badań nad rynkiem surowcowym w Goldman Sachs, nazywany nieoficjalnie „królem towarów”, nie pozostawia złudzeń – świat wchodzi w fazę kryzysu energetycznego, którego żaden rząd nie jest w stanie powstrzymać.
W wywiadzie dla Bloomberg TV Currie przedstawił diagnozę, która powinna zaniepokoić każdego, kto tankuje samochód, ogrzewa mieszkanie lub robi zakupy spożywcze.
Sednem problemu jest Cieśnina Ormuz – wąskie gardło światowego handlu surowcami, przez które przepływa 18,5 miliona baryłek ropy dziennie, a oprócz tego gaz ziemny, nawozy i metale. Dopóki cieśnina pozostaje zablokowana lub zakłócona, żadna interwencja polityczna – uwolnienie strategicznych rezerw, porozumienia międzyrządowe, apele dyplomatyczne – nie przełamie trendu wzrostowego cen. System globalnych łańcuchów dostaw, jak mówi Currie, „po prostu nie jest w stanie udźwignąć” takiego wstrząsu.

CYNICZNYM OKIEM: Przez dekady politycy zapewniali, że rynek sam się wyreguluje, a globalizacja rozwiąże każdy problem. Teraz wystarczy zablokować jedną cieśninę, żeby cały ten piękny mechanizm zatrząsł się w posadach. Wolny rynek okazuje się wolny tylko wtedy, gdy nikt nie stoi w drzwiach.
Liczby, które nie kłamią
Skala potencjalnej katastrofy robi wrażenie nawet na analitykach przyzwyczajonych do kryzysów. Przedłużające się zamknięcie Cieśniny Ormuz na 31 dni oznaczałoby wstrzymanie ponad 575 milionów baryłek – wielkość znacznie przekraczającą całe amerykańskie Strategiczne Rezerwy Ropy Naftowej, które historycznie oscylowały w granicach 411-415 milionów baryłek.
Innymi słowy, nawet gdyby Stany Zjednoczone opróżniły swoje rezerwy do ostatniej kropli, nie wystarczyłoby to na pokrycie strat wynikających z miesięcznej blokady. A to tylko ropa – zakłócenia obejmują również surowce kluczowe dla rolnictwa, przemysłu i produkcji energii.
Tymczasem rynki finansowe zachowują się z optymizmem, który Currie określa jako skrajnie oderwany od rzeczywistości. Inwestorzy obstawiają, że blokada szybko się zakończy, ignorując fizyczne ograniczenia podaży i chroniczne niedoinwestowanie sektora. Realna nadpodaż, o której mówiono jeszcze kilka miesięcy temu, po prostu nie istnieje – to była narracja, nie fakt. Kursy na platformach prognostycznych takich jak Polymarket sugerują wysokie prawdopodobieństwo kontynuacji zakłóceń, co stoi w jawnej sprzeczności z nastrojami na giełdach.
Zemsta starej gospodarki
Jeff Currie od lat promuje koncepcję, którą nazywa „zemstą starej gospodarki” – i obecny kryzys wydaje się jej najbardziej dobitnym potwierdzeniem. Przez lata kapitał płynął szerokim strumieniem do sektora technologicznego, który stanowi dziś około 53 procent indeksu S&P 500.
Tymczasem udział energii skurczył się do zaledwie trzech procent – z 25 procent w latach siedemdziesiątych, kiedy sektor ten stanowił naturalne zabezpieczenie przed inflacją. Rynki błędnie wyceniały energię jako branżę schyłkową, a technologię jako wieczną maszynę do zarabiania.
Teraz ta dysproporcja staje się niebezpieczna. Chroniczne niedoinwestowanie tradycyjnych łańcuchów dostaw ropy i metali sprawia, że po 2026 roku nie przewiduje się żadnego znaczącego skoku podaży spoza OPEC. Jednocześnie popyt rośnie pod wpływem sił, których nikt nie zamierza hamować – centra danych obsługujące sztuczną inteligencję pochłaniają coraz więcej energii, elektryfikacja transportu zwiększa zapotrzebowanie na miedź i srebro, a geopolityczna fragmentacja świata wymusza gromadzenie zapasów strategicznych przez mocarstwa takie jak Chiny i Indie.
CYNICZNYM OKIEM: Dekadę temu wizjonerzy z Doliny Krzemowej obiecywali, że przyszłość będzie cyfrowa, lekka i czysta. Okazuje się, że nawet najlepsza sztuczna inteligencja potrzebuje fizycznej energii, fizycznej miedzi i fizycznych rurociągów. Rewolucja technologiczna kończy się tam, gdzie zaczyna się gniazdko elektryczne.
Currie proponuje odpowiedź inwestycyjną w postaci strategii HALO – Heavy Asset Low Obsolescence – opartej na aktywach twardych, odpornych na technologiczne zakłócenia. Energia, metale, górnictwo, infrastruktura przesyłowa, koleje, media użyteczności publicznej – to sektory, które w jego ocenie oferują nie tylko zabezpieczenie przed inflacją, ale również potencjał eksplozywnych wzrostów.
Logika jest prosta – gdy kapitał zacznie płynąć z przewartościowanych spółek technologicznych do niedoinwestowanych sektorów realnych, nawet niewielkie przesunięcie alokacji wywoła gwałtowne ruchy cenowe ze względu na ograniczoną liczbę akcji w wolnym obrocie.
Dla polskiego odbiorcy przekaz Curriego ma wymiar bardzo konkretny. Wzrost cen ropy i surowców energetycznych przekłada się bezpośrednio na rachunki za prąd, koszty transportu i ceny żywności. Model „dokładnie na czas”, na którym opierały się europejskie łańcuchy dostaw, ustępuje modelowi „na wszelki wypadek” – droższemu, mniej efektywnemu, ale jedynemu, który ma szansę działać w świecie, gdzie cieśniny się zamykają, a rezerwy strategiczne okazują się zbyt małe. Era tanich surowców, jeśli kiedykolwiek naprawdę istniała, właśnie dobiegła końca.



