Wystarczy porozmawiać z dowolnym ekspertem, wizjonerem albo komentatorem internetowym, żeby usłyszeć tę samą mantrę – wystarczy naprawić jedną rzecz, a reszta ułoży się sama. Napraw pieniądz. Napraw energię. Napraw technologię. Brzmi pięknie, prosto i uspokajająco. Problem w tym, że świat nie jest prostą maszyną z jednym zepsutym trybikiem, lecz splątanym węzłem współzależnych kryzysów, gdzie pociągnięcie za jeden sznurek zaciska pętlę na trzech kolejnych.
Ludzki umysł buntuje się w obliczu polikryzysu. Nie lubimy złożoności, nie tolerujemy niepewności i za wszelką cenę szukamy drogi na skróty. Jak trafnie opisuje autor analizowanego tekstu, prowadzi to do absurdalnej praktyki – zamiast dopasować rozwiązanie do problemu, modyfikujemy opis problemu tak, żeby pasował do rozwiązania, które już mamy pod ręką. To tak, jakby lekarz zmienił diagnozę, bo akurat ma w szufladzie tylko aspirynę.
CYNICZNYM OKIEM: Elity obiecują szybką, bezbolesną kurację, a reszta społeczeństwa chętnie w to wierzy. Nie dlatego, że to działa, lecz dlatego, że alternatywą jest przyznanie się do niewygodnej prawdy – nikt tak naprawdę nie wie, jak to naprawić.
Złoto, Bitcoin i mit zdrowego pieniądza
Jednym z najpopularniejszych uniwersalnych remedium jest hasło – napraw pieniądz, a naprawisz świat. Zwolennicy złota i Bitcoina proponują coś kusząco prostego. Wystarczy zastąpić pieniądz fiducjarny kruszcowymi monetami lub ich cyfrowym odpowiednikiem i cały system sam się uzdrowi. Impuls stojący za tą propozycją jest zrozumiały – obecny mechanizm tworzenia pieniądza z powietrza i pompowania go na szczyt piramidy bogactwa rzeczywiście zmierza ku katastrofie. Suma, która „ścieka” do dolnych 90 procent społeczeństwa, traci siłę nabywczą szybciej, niż zdąży dotrzeć na ich konta.
Ale historia jest bezlitosna dla tego typu złudzeń. W dziewiętnastowiecznej Ameryce, epoce tak zwanego zdrowego pieniądza, upadały setki banków, grzebiąc ze sobą deponentów i pożyczkobiorców. Mechanizm był brutalnie prosty – w gospodarce opartej wyłącznie na złocie deponenci wpłacali monety do banku, bank pożyczał większość firmom, a gdy przychodził nieuchronny kryzys i ludzie żądali zwrotu swoich pieniędzy, rezerwy okazywały się żałośnie niewystarczające. Panika rodziła panikę, banki padały jak domino, a zwykli ludzie tracili oszczędności życia.
Nawet próba oparcia waluty papierowej na złocie okazuje się trikiem. Skarb Państwa może emitować walutę na każdą uncję posiadanego kruszcu, ale bez mechanizmu utrzymującego stałą relację pieniądza do rynkowej wartości złota, proporcja ta z czasem się rozjeżdża. Gdy cena złota rośnie w hossie, rząd drukuje więcej banknotów. Gdy spada w bessie – nikt nie wycofuje nadmiaru waluty z obiegu. Jak celnie zauważa autor – „oparcie na złocie jest iluzją, chyba że każda jednostka waluty może być na żądanie wymieniona na złote monety”. Każde inne rozwiązanie to nieszczery wybieg.
Jest też kwestia, o której zwolennicy złotego standardu wolą nie mówić. W systemie opartym na kruszcach bogaci – ci, którzy zgromadzili złoto i srebro – są pożyczkodawcami, a zwykli ludzie, dysponujący jedynie własną pracą, zostają pożyczkobiorcami. Z biegiem czasu zbierający odsetki bogacą się jeszcze bardziej, a pożyczkobiorcy zostają zmieceni przez kolejną panikę. Bogactwo ścieka do góry dokładnie tak samo, jak w obecnym systemie fiducjarnym.
Technologia, energia i inne zbawienia ludzkości
Złoto to nie jedyny kandydat na uniwersalnego zbawcę. Kolejka chętnych jest długa. Mnóstwo energii naprawi świat – brzmi obietnica numer dwa. Ale jeśli nierówności osiągnęły skrajność, tania energia dla najbogatszej garstki nie rozwiąże problemu niepokojów społecznych, które te nierówności rodzą. Sztuczna inteligencja naprawi świat – obiecują technologiczni wizjonerzy. Tyle że AI pozostaje własnością i narzędziem elit, więc nie zrobi nic poza ugruntowaniem skrajnych nierówności, które destabilizują całą resztę. Technologia rozwiąże wszystkie problemy – powtarzają entuzjaści postępu. Umieszczenie korporacyjnych centrów danych na orbicie niczego jednak nie naprawia, jeśli na Ziemi fundamenty społeczne pękają.
CYNICZNYM OKIEM: Każde pokolenie ma swój kamień filozoficzny – złoto, węgiel, atom, internet, AI. Zmienia się etykieta, ale mechanizm pozostaje ten sam. Obiecaj ludziom jedno magiczne rozwiązanie, a kupią ci czas, władzę i spokój sumienia.
Wszystkie te konwencjonalne propozycje łączy jedno – są wygodnymi iluzjami, które uśmierzają lęk kosztem pozostawienia problemów nierozwiązanymi. Jak przypomina starożytna mądrość Laoziego – „im więcej praw i ograniczeń, tym biedniejszy staje się lud”. Korupcji nie redukuje się dodawaniem kolejnych ustaw, lecz zmianą bodźców oraz tego, co społeczeństwo uznaje za dopuszczalne.
Historia stabilnych porządków społecznych – od plemion po imperia – pokazuje jeden wspólny mianownik. Sukces osiągały te systemy, w których elity utrzymywały relację wzajemności ze zwykłymi ludźmi. Każda klasa miała obowiązki wobec pozostałych. Gdy elity wyrzekały się tej wzajemności, by służyć wyłącznie sobie, porządek społeczny wchodził w fazę „niech jedzą ciastka” – i kończył się chaosem.
Jedynym produktywnym podejściem wydaje się decentralizacja kontroli i kapitału, tak aby mniejsze, bardziej elastyczne jednostki – gospodarstwa domowe, społeczności, miasta, lokalne przedsiębiorstwa – mogły eksperymentować z rozwiązaniami dopasowanymi do swoich realiów. Mentalność gospodarki wysypiska, gdzie marnotrawstwo napędza wzrost, musi ustąpić miejsca czemuś autentycznemu. Ale to wymaga wysiłku, uczciwości i rezygnacji z wygodnych złudzeń. A tego, jak wiadomo, nie da się sprzedać w jednym tweecie.



