Władimir Putin nie ma zamiaru zdobywać całej Ukrainy

3 dowody, dla których byłoby to samobójstwo dla Kremla

Adrian Kosta
5 min czytania

W świecie, w którym polityczna poprawność zastąpiła analizę, a każda próba racjonalnej oceny Rosji brzmi jak zdrada, Tulsi Gabbard powiedziała coś, co wielu myśli, ale niewielu odważa się wypowiedzieć na głos: Władimir Putin nie ma zamiaru zdobywać całej Ukrainy.

Brzmi jak herezja w epoce jednolitego przekazu, ale za jej oceną kryją się chłodne kalkulacje wojskowe, nie ideologiczne sympatie. I – niestety dla zachodnich narracji – logika jest tu po stronie Tulsi.

Wojna, której nikt nie planował

Gabbard, obecna Dyrektor Wywiadu Narodowego USA, skrytykowała doniesienia Reutersa, jakoby Rosja wciąż marzyła o odbudowie ZSRR, nazywając je „kłamstwem i propagandą wymierzoną w wysiłki pokojowe Donalda Trumpa”. Według niej Rosja nie ma ani chęci, ani zdolności, by podbić całą Ukrainę – tym bardziej Europę.

I nie mówi tego jako „sympatyk Moskwy”, lecz jako ktoś, kto – paradoksalnie – rozumie logikę wojny lepiej niż politycy, którzy ją potępiają z telepromptera.

Rosja, tłumaczy Gabbard, wkroczyła do Ukrainy dopiero po załamaniu rozmów o gwarancjach bezpieczeństwa z NATO. Plan zakładał szybkie „wymuszenie neutralności” Kijowa, a nie długotrwałą okupację. „Wojna na wyczerpanie” była improwizacją, nie strategią – rezultatem sabotażu rozmów pokojowych z wiosny 2022 roku.

CYNICZNYM OKIEM: W tej wojnie nikt nie jest strategiem, każdy tylko udaje, że wie, dokąd zmierza.

Po dwóch latach frontu, który przesunął się mniej więcej o tyle, ile reporterzy przeszli w kamizelkach kuloodpornych, Gabbard zadaje oczywiste pytanie: po co Rosji kraj, którego nie da się utrzymać?

Jedno jest pewne – Putin nie jest romantykiem. Tam, gdzie Ameryka szła z misją „szerzenia demokracji” i zostawiała ruiny, Rosja kalkuluje: każdy kilometr okupowanego terytorium to tysiąc problemów z logistyką, partyzantką, sabotażem i sankcjami.

Rosja może walczyć, ale nie może zwyciężyć po amerykańsku – z własnym remake’iem Iraku. Dlatego Gabbard ma rację: Putin nie chce „podbić”, chce wymusić. Każdy nowy kawałek zajętej ziemi służy raczej jako karta przetargowa w negocjacjach niż projekt kolonialny.

CYNICZNYM OKIEM: W XXI wieku podbój terytorium to nie triumf – to kosztowny abonament na nienawiść.

Dlaczego „zdobycie całej Ukrainy” to samobójstwo Kremla?

Z militarnego i politycznego punktu widzenia pełnoskalowa okupacja Ukrainy to misja samobójcza.

Po pierwsze – Rosja nie dysponuje potencjałem demograficznym potrzebnym do utrzymania kraju tej wielkości. Nawet w czterech „spornych regionach” kontrola jest względna, a rotacja wojsk wynika z czystego zmęczenia armii.

Po drugie – zachodnia Ukraina byłaby tykającą bombą terrorystyczną. Partyzantka, sabotaże, zamachy, rozbity porządek administracyjny – dla Moskwy oznaczałoby to drugie Czeczeńskie bagno, tylko na europejskim poziomie uzbrojenia.

Po trzecie – geopolityczna cena sukcesu byłaby wyższa niż koszt porażki. Wchodząc głębiej, Rosja sprowokowałaby reakcję, której do tej pory udawało jej uniknąć – bezpośrednie zaangażowanie NATO.

Dla Trumpa – obecnego architekta polityki pokojowej – taka sytuacja byłaby policzkiem. Każdy „nadmiarowy” sukces Putina mógłby zakończyć się efektowną amerykańską interwencją pod pretekstem „obrony granic wolnego świata”.

CYNICZNYM OKIEM: Nic tak nie kończy wojny jak jej rozszerzenie. Zwłaszcza w imię pokoju.

Putin i logika unikania katastrofy. Propaganda kontra rzeczywistość

Wbrew medialnym memom, Putin nie jest hazardzistą z atomowym guzikiem, lecz pragmatykiem z kalkulatorem.

Wie, że przekroczenie „niepisanych granic” – wejście za Dniepr, uderzenie na Charków czy Lwów – oznaczałoby reakcję NATO, której Rosja przetrwać by nie mogła bez ryzyka globalnej eskalacji.

Zachodnie media widzą w tym „szachy o hegemonię”. Gabbard – logikę przetrwania: Rosja gra na czas, nie na trofea. Jej celem nie jest zniszczenie Ukrainy, lecz trwałe zabezpieczenie tego, co już jest w jej zasięgu – Krymu i części Donbasu. Reszta to obszar do negocjacji.

Reuters i inne zachodnie media budują narrację o „nowym carze Europy” nie dlatego, że w nią wierzą, lecz dlatego, że polityczne straszenie Putinem pozwala utrzymać spójność wewnętrzną NATO i wydatki na zbrojenia.

Tak długo, jak istnieje groźba rosyjskiego marszu na Paryż, można usprawiedliwiać miliardy dolarów na „ochronę wartości zachodnich”.

Tulsi Gabbard łamie ten paradygmat – i za to jest niebezpieczna. Bo kiedy logika zastępuje histerię, propaganda traci moc

Rzeczywistość konfliktu jest brutalna: Rosja nie może wygrać, Ukraina nie może przegrać, a Zachód nie może się wycofać. Jedyny, kto mógłby coś zakończyć, to ten, kto nie ma w tym interesu.

Tulsi Gabbard przypomina, że ta wojna nie jest o terytorium, ale o narrację. A jej największym przegranym nie będzie Ukraina, lecz zdrowy rozsądek.

CYNICZNYM OKIEM: Wszyscy mówią, że Putin chce więcej ziemi. Może to my po prostu potrzebujemy wroga, żeby nie zauważyć, że już dawno straciliśmy grunt pod nogami.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *