Nicolás Maduro po raz kolejny postanowił udowodnić światu, że rewolucja boliwariańska wciąż żyje – choć ewidentnie oddycha tlenem pożyczonym z Moskwy i Pekinu. Prezydent ogłosił „masową mobilizację” wojskową – tak szeroką, że obejmuje nawet cywilów, których jedynym orężem jest wiara i bambusowy kij.
Według ministra obrony Vladimira Padrino Lópeza, operacja ta ma „optymalizować dowodzenie, kontrolę i komunikację” oraz przygotować kraj do pełnej obrony przed „imperialistycznym zagrożeniem ze strony USA”. W rzeczywistości wygląda to jak desperacka próba zastraszenia Waszyngtonu, który wysłał na Karaiby lotniskowiec USS Gerald R. Ford wraz z 15 tysiącami żołnierzy.
Cynicznie mówiąc – w tej partii szachów Maduro właśnie próbuje zbić króla szachownicą z tektury.
Armia z ludu, ale bez naboi. USA grają w „blokadę”
Mobilizacja, ogłoszona jako część „Planu Niepodległość 200”, wykracza daleko poza regularne siły zbrojne, które liczą mniej niż 150 tysięcy żołnierzy. Maduro zamierza oprzeć obronę kraju na Milicji Boliwariańskiej – formacji cywilnej powołanej jeszcze przez Hugo Cháveza.
Według oficjalnych danych liczy ona ponad 8 milionów członków. W praktyce większość z nich dysponuje co najwyżej starym mundurem, wiarygodnym entuzjazmem i bronią pamiętającą czasy Che Guevary.
Zdjęcia z obozów szkoleniowych przypominają raczej piknik niż manewry wojskowe: żołnierze z drewnianymi atrapami karabinów, brak amunicji, sprzętu, a często nawet butów. Maduro jednak chwali swoich rewolucyjnych obywateli i przedstawia tę formację jako „serce narodowej obrony przed imperializmem”.
Jednocześnie sytuacja wokół Wenezueli coraz bardziej przypomina militarne déjà vu z czasów zimnej wojny. Decyzja USA o wysłaniu potężnej grupy uderzeniowej – lotniskowca, trzech okrętów eskortujących i tysięcy żołnierzy – wzbudziła poważne obawy, że Waszyngton może szykować akcję „anty-Maduro”.
Według The Washington Post, plan „pełnej gotowości bojowej” obejmuje rozmieszczenie sił lądowych, powietrznych, morskich, rzecznych i rakietowych. Brzmi poważnie, lecz realny potencjał obronny Caracas raczej nie wytrzymałby próby zderzenia z amerykańską flotą.
To tak, jakby zestawić domowy skuter z czołgiem Abrams – obaj ruszają, ale tylko jeden dojedzie.
Gra cieni: CIA, Trump i paranoja
Wenezuela ma wszystkie powody, by czuć strach, nawet irracjonalny. Kilka miesięcy temu Trump oficjalnie wznowił tajne operacje CIA w regionie, co Caracas natychmiast nazwało „nową ofensywą kontrrewolucyjną”. Dla Maduro każdy tweet z Waszyngtonu to potencjalna deklaracja wojny, a każda amerykańska fregata – symbol „imperialistycznego spisku”.
Ale czy faktycznie USA zamierzają interweniować? Raczej nie. Taka demonstracja siły to teatr polityki międzynarodowej, a Wenezuela gra w nim rolę statysty, który myśli, że jest głównym bohaterem.
CYNICZNYM OKIEM: Maduro nie potrzebuje wojny, by czuć się generałem – wystarczy mu kamera i tłum spanikowanych obywateli, którzy udają żołnierzy.
W teorii Wenezuela wyposażona jest w rosyjskie systemy obrony, w tym pociski powierzchnia-powierzchnia. W praktyce większość sprzętu to złom z problemami logistycznymi, brakiem części i paliwa. Po latach sankcji i błędów gospodarczych kraj ledwo utrzymuje w ruchu nawet cywilną infrastrukturę.
Maduro, który „turla się z armią milionów”, jak ironicznie opisuje to The Washington Post, nie ma realnych środków, by sprostać potędze Stanów Zjednoczonych – ani nawet sąsiedniej Kolumbii.
To sprawia, że jego mobilizacja dziwnie przypomina polityczną psychoterapię: ćwiczenia z bronią jako rytuał narodowej pewności siebie.
Słowa, które straszą bardziej niż rakiety.
Maduro wie, że wojna nie musi się wydarzyć – wystarczy, żeby wyglądała jak realna możliwość. W jego narracji każdy ruch USA to dowód spisku, każda defilada to akt odwagi. Tymczasem ludzie w Caracas liczą racje żywnościowe, nie karabiny.
Paradoksalnie, „masowa mobilizacja” może być ostatnim aktem jego politycznej desperacji – próbą scementowania władzy tam, gdzie ideologia przestała już działać, a głód stał się codziennością.
Największa ironia boliwariańskiego teatru polega na tym, że 8 milionów ludzi może wyruszyć w obronę kraju, w którym nie ma prądu, żywności ani paliwa. Milicja Boliwariańska stała się projektem psychologicznym – symbolem jedności w państwie, które realnie dawno się rozpadło.
To jedna z najbardziej groteskowych mobilizacji świata: masy bez karabinów, wódz bez mandatu, kraj bez środków na wojnę.
CYNICZNYM OKIEM: Maduro ma milionową armię – niestety, większość z niej stoi w kolejce po chleb.
Na tle tej pokazowej mobilizacji trudno odróżnić realną obronę od politycznego spektaklu. Wenezuela przygotowuje się na wojnę, która być może nigdy nie nadejdzie – za to propaganda już wygrała.
Dla reżimu Maduro to idealny układ: im większe napięcie z USA, tym bardziej wenezuelski naród jednoczy się wokół wroga zewnętrznego. A jeśli do wojny nie dojdzie – sukces! „Lud odstraszył imperium.”
Na końcu zostanie ten sam obraz, który widzimy od lat: kolorowe mundury, puste magazyny i rząd, dla którego każde ryzyko konfliktu to okazja, by ogłosić sukces.
Jedyna wojna, jaką dziś naprawdę prowadzi Maduro, to walka o własny mit. I jak na razie – nawet bez amunicji – wygrywa propagandowo.


