Jeśli sądzisz, że twoje zapytanie do ChatGPT, post na Facebooku czy streaming ulubionego serialu to niewinne akty codzienności odcięte od świata przemysłowego – jesteś w błędzie większym niż menadżer ds. PR w elektrowni gazowej. Centra danych, napędzające informacyjną rewolucję, stają się właśnie najlepszymi przyjaciółmi… elektrowni węglowych i gazowych. Wygląda to jak oszustwo na wielu poziomach: oto sektor, który kojarzymy z „zielonymi” innowacjami, pociąga za sobą najbardziej brudną część gospodarki energetycznej.
„Bonanza gazowa” – nie tylko w Wirginii
W stanie Wirginia, gdzie ustawa Virginia Clean Economy Act miała zepchnąć brudną energię w przeszłość do 2045 roku, największa elektrospółka, Dominion Energy, sprytnie wykorzystała podatny grunt. Powołując się na gigantyczny popyt rosnących centrów danych, Dominion przesuwa zamknięcia swoich starych (szczególnie „szczytowych”, czyli najdroższych i najbardziej zanieczyszczających) elektrowni węglowych i równocześnie planuje budowę nowych gazowych bloków.
W praktyce oznacza to, że technologie przyszłości są zasilane energią przeszłości. Najbardziej kuriozalny jest fakt, że regiony, które już dźwigają największe ciężary środowiskowe i społeczne (np. Halifax czy Chesterfield) – zamieszkane głównie przez społeczności czarnoskóre i latynoskie – muszą przyjąć na siebie kolejną falę zanieczyszczeń oraz wzrost rachunków.
CYNICZNYM OKIEM: Kto by pomyślał, że w epoce chmur i cyfrowego postępu największym beneficjentem zostanie… elektrownia węglowa, która powinna dawno odjechać w siną dal

Wirginia to tylko czubek góry lodowej. Na całym południowym wschodzie USA zakłady energetyczne licytują się na kolejne megawaty mocy z gazowych bloków – pod hasłem „musimy nadążyć za technologicznym boomem centrów danych!”
W samej Wirginii, Georgii i Karolinie Południowej centra danych odpowiadają za ponad 65% prognozowanego wzrostu zapotrzebowania. Nowe inwestycje mają sięgnąć blisko 20 000 MW do 2040 roku.
Problem? Tylko niektóre z tych centrów danych faktycznie powstaną – wiele wniosków o przyłączenie to czysta spekulacja i „dmuchanie” popytu przez potentatów energetycznych szukających uzasadnienia inwestycji (i wyższych stawek gwarantowanych przez regulatorów).
Stare elektrownie na „wiecznym dorabianiu” i kto za to płaci
Nie chodzi tylko o powstrzymanie zamknięć czarnych i gazowych bloków – co najmniej 17 zaplanowanych do wyłączenia elektrowni zostało „ocalonych” przez argument popytu ze strony centrów danych.
Dostawcy energii (jako podmioty regulowane) mają zagwarantowane zyski ze wszystkich nowych budów, a rachunek za ten „postęp” ląduje u konsumenta końcowego w formie wyższych faktur – nawet jeśli jego dom od lat korzysta przecież z „zielonego prądu”.
Jednocześnie koszty modernizacji i rozbudowy sieci – niezbędnej dla obsługi nowych klientów z sektora Big Tech – najczęściej są rozsmarowane na ogół odbiorców. W Wirginii Zachodniej klienci zapłacą ponad 440 mln dolarów za samą infrastrukturę przesyłową dedykowaną centrom danych.

Kogo bije rachunek za cyfrową rewolucję?
- Najbiedniejsi klienci: to w ich dzielnicach powstają kolejne gazowe i węglowe bloki, a rachunki szybują nawet o 40–50% w górę.
- Społeczności kolorowe: największe negatywne skutki ekologiczne i zdrowotne – i to nie przypadek, tylko efekt świadomego wyboru lokalizacji.
- Wszyscy użytkownicy energii: płacą za cyfrowy boom Amazonów, Google i Facebooków, nawet jeśli największy kontakt z Big Data mają przez rachunek za prąd.
Uwaga na bańkę „chmury energetycznej”
Według Lawrence Berkeley National Lab, prognozy dotyczące energetycznego apetytu centrów danych mogą być drastycznie przeszacowane – dolny zakres to 6,7%, górny aż 12% zużycia energii w USA do 2028 roku. Różnica to 255 TWh, czyli tyle, co roczne zużycie energii przez 24 mln amerykańskich domów! Rozpychanie tej bańki pozwala firmom energetycznym na budowy „just in case”, a podatnik i środowisko płacą niezależnie od tego, czy ktoś rzeczywiście uruchomi serwerownię.

Amerykański miks energetyczny miał być zielony, efektywny, społecznie sprawiedliwy. Tymczasem pod maską chmurowej rewolucji rozkręciła się klasyczna gra: największe firmy technologiczne (klienci centrów danych) i giganci energetyczni podają sobie ręce nad generatorem gazowym i przewodem węglowym, byle utrzymać status quo i zyski.
„Zielony rozwój” zamienia się w cyfrowy marketing, który – zamiast restrukturyzować energetykę – daje drugą młodość blokom, których świat miał się już dawno pozbyć.
Chciałeś chmurę? Otrzymałeś dym. Prąd masz zawsze, ale czyste sumienie – już niekoniecznie. Chyba, że mieszkasz z dala od elektrowni węglowych i siedziby Facebooka. Wtedy możesz spać spokojniej – na krótko.


