Wiceprezydent USA JD Vance przybył 7 kwietnia do Budapesztu z wizytą, której timing mówi więcej niż jakikolwiek komunikat dyplomatyczny. Pięć dni przed węgierskimi wyborami parlamentarnymi amerykański wiceprezydent pojawił się u boku Viktora Orbána, walczącego o piątą z rzędu kadencję na stanowisku premiera. Vance wraz z małżonką Ushą zostali powitani na lotnisku przez ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó, który wręczył Ushy Vance bukiet kwiatów – gest serdeczny, ale przede wszystkim starannie wyreżyserowany pod kamery.
„Z niecierpliwością czekam na spotkanie z moim dobrym przyjacielem Viktorem; porozmawiamy o wielu kwestiach dotyczących relacji USA-Węgry” – powiedział Vance dziennikarzom przed opuszczeniem Waszyngtonu, dodając, że dyskusje obejmą również szersze relacje z Europą oraz Ukrainę.

Bruksela jako wspólny wróg
Przemawiając u boku Orbána, Vance nie pozostawił wątpliwości co do celu wizyty. „Skala ingerencji ze strony brukselskiej biurokracji jest doprawdy haniebna” – stwierdził. Jednocześnie zadeklarował pozorną neutralność.
„Nie będę mówił narodowi węgierskiemu, jak ma głosować. Zachęcałbym biurokratów w Brukseli, aby zrobili dokładnie to samo” – dodał.
Retoryka antybrukselska poszła jednak znacznie dalej. Vance wprost oskarżył unijnych urzędników o próbę zniszczenia węgierskiej gospodarki. „Próbowali sprawić, by Węgry były mniej niezależne energetycznie. Próbowali podnieść koszty dla węgierskich konsumentów. A zrobili to wszystko dlatego, że nienawidzą tego człowieka” – powiedział, wskazując na Orbána.
CYNICZNYM OKIEM: Vance mówi, że nie będzie mówił Węgrom, jak głosować. Mówi to stojąc obok Orbána, pięć dni przed wyborami, atakując jego przeciwników. Subtelność rodem z młota pneumatycznego.
Wizyta wpisuje się w szerszy wzorzec amerykańskiego zaangażowania na Węgrzech. Sekretarz Stanu Marco Rubio już w lutym odwiedził Budapeszt, mówiąc Orbánowi, że Trump jest „głęboko oddany” sukcesowi Węgier. Podpisał również umowę dotyczącą cywilnej energii jądrowej. Sam Trump w lutym opublikował na Truth Social entuzjastyczne poparcie, nazywając Orbána „prawdziwie silnym i potężnym liderem” i „prawdziwym przyjacielem, wojownikiem i ZWYCIĘZCĄ”.
Asli Aydintasbas z think tanku Brookings Institution oceniła wizytę bez dyplomatycznych eufemizmów. „Dla administracji Trumpa Orbán nie jest tylko kolegą konserwatystą, ale centralną postacią w wysiłkach na rzecz ustanowienia nieliberalnego bloku wewnątrz Europy. Jeśli Orbán upadnie, ruch ten ucierpi” – stwierdziła.
Tak to już jest z tymi politykami…
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka, która przez dekady pouczała świat o nieingerowaniu w cudze wybory, teraz wysyła wiceprezydenta na przedwyborczy wiec. Ale to oczywiście nie jest ingerencja – to „wizyta dyplomatyczna”.
Tymczasem po drugiej stronie sceny politycznej lider opozycji Péter Magyar zainaugurował w lutym kampanię partii Tisza, przedstawiając plany zbliżenia Węgier do instytucji unijnych. Wybory 12 kwietnia rozstrzygną nie tylko losy Orbána, ale też przyszłość amerykańsko-europejskiej rozgrywki o duszę kontynentu.



