Każda amerykańska wojna ma swoją wewnętrzną linię frontu – nie tę na mapie sztabowej, lecz tę biegnącą przez sondaże, konferencje prasowe i korytarze Białego Domu. W przypadku operacji „Epic Fury” – jak Trump nazwał kampanię przeciwko Iranowi – ta wewnętrzna linia frontu zaczyna przebiegać przez sam szczyt republikańskiej hierarchii. Wiceprezydent JD Vance konsekwentnie unika bezpośredniej odpowiedzi na pytanie, czy w ogóle popiera wojnę, którą prowadzi jego prezydent.
Zapytany przez reporterów o komentarze Trumpa sugerujące, że Vance był mniej entuzjastycznie nastawiony do rozpoczęcia konfliktu, wiceprezydent odpowiedział wymijająco – „Prezydent, ja oraz cały zespół wyższego szczebla rozmawiamy o dostępnych opcjach” w pokoju narad. Dodał, że ważne jest, aby prezydent mógł rozmawiać ze swoimi doradcami „bez ryzyka, że ci doradcy kłapią językami”. Nie zaprzeczył postawionej tezie, nie potwierdził jej, nie wyraził ani poparcia, ani sprzeciwu. To milczenie mówi więcej niż jakikolwiek briefing Pentagonu.
CYNICZNYM OKIEM: Vance opanował sztukę mówienia do kamer bez mówienia czegokolwiek. W Waszyngtonie to nie tchórzostwo – to strategia na 2028 rok.
Widmo wyborczej katastrofy
Polityczny kontekst tej wojny wyznacza jedno słowo – midterms. Republikański senator Rand Paul ostrzegł wprost, że jeśli konflikt z Iranem przerodzi się w długotrwały impas, Partię Republikańską czeka wyborcza katastrofa. „Jeśli te działania nadal będą powodować, że ropa kosztuje ponad 100 dolarów, to uważam, że czeka nas katastrofa wyborcza” – powiedział w rozmowie z Fox Business. Paul nie jest odosobnionym głosem – to libertariański senator, który od lat reprezentuje tę część republikańskiej bazy, dla której „America First” oznaczało przede wszystkim koniec zagranicznych wojen, a nie rozpoczynanie nowych.
Historia dostarcza tu bolesnych precedensów. Inwazja Busha na Irak w 2003 roku i długa, krwawa okupacja okazały się ogromną wizerunkową skazą dla Republikanów na wiele lat, torując drogę prezydenturze Obamy. Trump i Vance doskonale znają ten schemat – obaj podczas kampanii wyborczej elokwentnie krytykowali amerykańskie „wieczne wojny” w Iraku i Afganistanie, argumentując potrzebę trzymania się z dala od zagranicznych konfliktów, które nie służą interesom Waszyngtonu. Ironia losu polega na tym, że teraz sami prowadzą dokładnie taki konflikt, przed którym przestrzegali.
Trump nazwał wojnę z Iranem „ekskursją” – słowo, które w kontekście operacji wchodzącej w trzeci tydzień, z rosnącymi stratami personalnymi i zamkniętą Cieśniną Ormuz, brzmi coraz mniej przekonująco. Jeśli Stany Zjednoczone nie znajdą sposobu, by wkrótce się wycofać z zachowaniem pozorów zwycięstwa, polityczne konsekwencje mogą okazać się druzgocące nie tylko w wyborach uzupełniających, ale również w wyścigu prezydenckim w 2028 roku – wyścigu, w którym JD Vance jest naturalnym faworytem.
Milczenie jako strategia przetrwania
I tu ujawnia się istota Vance’owskiej gry. Mnożą się doniesienia o jego obawach, by USA nie uwikłały się w przewlekły konflikt. Od czasu rozpoczęcia operacji „Epic Fury” pojawiły się informacje, że wiceprezydent odwołał część publicznych wystąpień. Kiedy jednak pojawia się przed kamerami, starannie omija każde pytanie, które zmusiłoby go do jednoznacznego opowiedzenia się za lub przeciw wojnie. To pozycja kalkulowana z chirurgiczną precyzją – wystarczająco blisko Trumpa, by nie zostać oskarżonym o nielojalność, ale wystarczająco daleko, by w razie porażki móc powiedzieć „ostrzegałem”.
Paradoksalnie, publiczne sygnały sceptycyzmu wobec wojny mogą Vance’owi pomóc w oczach wielu wyborców MAGA, dla których doktryna „America First” nigdy nie obejmowała bombardowania Iranu. To cyniczny, ale racjonalny rachunek – im gorzej potoczy się wojna, tym lepiej wypadnie ten, kto jako jedyny w Białym Domu miał wątpliwości.
CYNICZNYM OKIEM: Vance rozgrywa klasyczną waszyngtońską partię szachów – stoi obok króla, ale już liczy, ile ruchów dzieli go od przejęcia tronu.
Generał Anthony Zinni, emerytowany dowódca Centralnego Dowództwa USA, ostrzegał w 2009 roku słowami, które dziś brzmią proroczo – „jeśli podobał wam się Irak i Afganistan, pokochacie Iran”. Trzeci tydzień operacji, rosnące straty, zamknięta cieśnina, ropa powyżej stu dolarów i wiceprezydent, który nie potrafi powiedzieć, czy popiera to, co robi jego własna administracja. Doradcy Trumpa podobno szukają politycznie wygodnego wyjścia z konfliktu, podczas gdy sam naczelny dowódca nie wykazuje żadnych oznak wycofania. Pytanie nie brzmi już, czy ta wojna będzie kosztowna politycznie – brzmi tylko, kto zapłaci najwyższą cenę.


