Historia najnowsza zna wiele przypadków, gdy cel interwencji wojskowej ewoluował tak szybko, że nie nadążały za tym tytuły gazet. W przypadku inwazji USA na Wenezuelę, zmiana narracji zajęła dokładnie tydzień. Początkowo chodziło o walkę z „kartelem Maduro”, później – o coś znacznie bardziej klasycznego: ropy naftowej.
Po zatrzymaniu prezydenta Nicolása Maduro i jego żony, Donald Trump przyznał, że głównym powodem operacji była kontrola nad złożami Wenezueli. Ogłosił również, że amerykańskie koncerny zostaną „zaproszone” do odbudowy sektora naftowego pod nadzorem rządu USA.
CYNICZNYM OKIEM: Zmiana uzasadnienia interwencji? To nie wpadka, to tradycja – od „broni masowego rażenia” po „bezpieczne przejście do demokracji”.
Wenezuela – nowy Teksas czy nowa pułapka?
Spotkanie Trumpa z szefami koncernów paliwowych odbyło się tydzień po inwazji. Ale, ku jego zaskoczeniu, entuzjazm był chłodny. Amerykańskie firmy nie palą się do wydobycia wenezuelskiej ropy – zbyt droga, gęsta, wymagająca technologicznej obróbki i dużych nakładów. Odbudowa sektora po 20 latach nacjonalizacji mogłaby kosztować nawet miliard dolarów przy niepewnym zwrocie.
Jak zauważył jeden z analityków, USA nie potrzebują dziś wenezuelskiej ropy – mają własne łupki. Ale potrzebują symbolu kontroli.
Na konferencji prasowej Trump zapowiedział, że Waszyngton będzie „tymczasowo zarządzać krajem” do momentu „bezpiecznego i właściwego przekazania władzy.” Wiceprezydent Delcy Rodríguez – następczyni Maduro – została ostrzeżona, że jeśli „nie spełni żądań”, zapłaci „większą cenę niż sam Maduro.”
W Kongresie tymczasem rozbrzmiały znajome echa – Lindsey Graham mówi o Wenezueli jako „pierwszym domino zmian,” a Marco Rubio ostrzega, że „rząd w Hawanie powinien się martwić.” Z kolei sam Trump planuje podnieść budżet obronny do 1,5 biliona dolarów, twierdząc, że sfinansują go wpływy z ceł. Ekonomiści kręcą głowami: to niemożliwe. Realnym źródłem będą nowe podatki i inflacja.
CYNICZNYM OKIEM: Imperium ma prostą księgę rachunkową – zyski są moralne, straty patriotyczne.
Pokolenie, które nie kupuje wojny
Według badań Pew Research Center, Amerykanie poniżej 50. roku życia tracą cierpliwość do aktywnej polityki zagranicznej. To dotyczy zarówno młodych demokratów, jak i republikanów. Paradoksalnie, właśnie antyinterwencjonizm był jednym z filarów młodego elektoratu Trumpa w 2024 roku.
Jeśli obecny kurs utrzyma się – interwencje zamiast izolacjonizmu, imperialne gesty zamiast pragmatyzmu – prezydent może stać się ofiarą własnego sloganu.
Bo „Make America Great Again” coraz częściej brzmi jak „Make Empire Great Again.” A młodsze pokolenie Amerykanów już nie klaska – liczy rachunek.


