W Stanach Zjednoczonych wybuchł skandal po wypowiedzi kongresmana Jerry’ego Nadlera (D‑NY), który podczas posiedzenia Komisji Sprawiedliwości mówił o „faszyzmie na ulicach” i zasugerował, że obywatele mogliby być „usprawiedliwieni w strzelaniu” do zamaskowanych funkcjonariuszy.
Słowa padły w momencie, gdy nasilają się groźby wobec agentów federalnych, w tym ICE – służby imigracyjnej odpowiedzialnej za deportacje.
Nadler powiedział: „Jeśli zostaniesz zaatakowany przez zamaskowanego napastnika, możesz pomyśleć, że cię porywa. Masz prawo się bronić. Masz prawo strzelać.”
Dla opinii publicznej to wypowiedź balansująca na granicy podżegania do przemocy wobec federalnych urzędników.

CYNICZNYM OKIEM: Kiedy polityk nazywa zamaskowanego funkcjonariusza „faszystą”, a obywatel „usprawiedliwionym w strzale”, demokracja zaczyna przypominać western – tylko scenariusz pisze Twitter.
Radykalizacja języka i hipokryzja obozu
Maski, noszone przez agentów ICE z obawy przed doxxingiem i groźbami wobec rodzin, stały się pretekstem do politycznej demagogii. Nadler i jego sojusznicy – w tym senator Chris Murphy – kreują obraz „państwa policyjnego”, w którym funkcjonariusze „mordują obywateli” i „porywają imigrantów”.
Murphy poszedł jeszcze dalej: „W Minnesocie trwa dystopia. ICE używa gazu wobec uczniów i zabija Amerykanów.” Takie słowa, bez dowodów, podsycają atmosferę nienawiści wobec służb.
CYNICZNYM OKIEM: Jeszcze wczoraj Kongres grzmiał o „niebezpiecznej retoryce Trumpa”. Dziś jego przeciwnicy najwyraźniej stali się jej najlepszymi uczniami.
Przemoc pod hasłem wolności
Na fali tego języka pojawiają się ekstremalne przypadki. Kandydat Demokratów na prokuratora generalnego Ohio, Elliot Forhan, deklaruje w kampanii „Zabiję Donalda Trumpa”, a miliarder David Trone mówi o „egzekucjach na ulicach dokonywanych przez rząd federalny”. Skrajności stają się normą, a moralny kompas partii – coraz bardziej chwiejny.
Eksperci ostrzegają, że łączenie emocji ulicy z parlamentarno‑medialnym echem tworzy sprzężenie zwrotne przemocy. W sytuacji, gdy rosną napaści na funkcjonariuszy ICE i FBI, takie słowa stają się paliwem dla realnych ataków.
Nadler, który sam głosował za impeachmentem Donalda Trumpa za „podżeganie językiem”, dziś sam staje się symbolem tej samej retoryki. Jego wypowiedź to nie tylko gafą – to znak czasów, gdy radykalny język stał się walutą polityczną.
W USA znów widać cień dawnej rewolucyjnej mentalności: nowi jakobini karmią lud gniewem, wierząc, że kontrolują tłum. Historia, jak zwykle, ma na ten temat inne zdanie.


