Podczas swojego przemówienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Donald Trump ogłosił nowy kurs: Stany Zjednoczone „idą mocno w energię jądrową.” Jedno zdanie wystarczyło, by akcje spółek z sektora nuklearnego eksplodowały na giełdzie – od producentów paliwa po deweloperów reaktorów.

Dla branży, która przez dekady tkwiła w stagnacji pod ciężarem bariery regulacyjnej, taniego gazu i strachu przed katastrofami, to symboliczny przełom. Amerykański przemysł nuklearny po latach zapomnienia znów znalazł się w centrum strategii energetycznej kraju.
CYNICZNYM OKIEM: Atom przez lata był „niecool” – dopóki nie przestał być rosyjski.
Administracja Wrighta – atomowa rewolucja biurokratyczna
Za polityczny zwrot odpowiada przede wszystkim sekretarz energii Chris Wright, który prowadzi prawdziwą ofensywę instytucjonalną. Rząd federalny odblokował środki na każdym etapie łańcucha jądrowego – od wydobycia uranu przez wzbogacanie izotopu, po produkcję ciężkich komponentów i montaż zaawansowanych reaktorów.
Nowe regulacje skracają licencjonowanie instalacji, a Departament Sprawiedliwości przyznał immunitet antymonopolowy firmom współpracującym przy odbudowie krajowych zdolności. To oznacza, że koncerny energetyczne mogą wspólnie inwestować w reaktory bez ryzyka pozwów.

Setki miliardów dolarów już zostały zadeklarowane na budowę reaktorów nowej generacji. Finansowanie pochodzi nie tylko z USA, ale też z partnerstw z Japonią i Koreą Południową, które chcą uczestniczyć w „amerykańskim renesansie nuklearnym”.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy atom staje się modny, nawet japońskie firmy nie pamiętają, że w 2011 roku nie było im do śmiechu.
Od pustyni Nevady po Księżyc
Nowe pomysły obejmują również projekty pozaziemskie. Administracja Trumpa rozważa reaktory jądrowe do eksploracji Księżyca, co brzmi jak science fiction, ale w Waszyngtonie już powstają pierwsze umowy z NASA i sektorem prywatnym.
Równocześnie modernizowane są reaktory małej mocy (SMR), które mogą zasilać bazy wojskowe lub odległe regiony przemysłowe. Zmienia się też język debaty – „uran” przestaje brzmieć jak zagrożenie, a zaczyna jak symbol strategicznej niezależności.
Branża, jeszcze dekadę temu postrzegana jako relikt zimnowojennej epoki, staje się filarem nowego pragmatyzmu energetycznego. Dla Trumpa – to sprawa bezpieczeństwa narodowego i gospodarki. Dla inwestorów – sygnał, że atom wraca do łask nie z ideologii, lecz z czystego rachunku ekonomicznego.
CYNICZNYM OKIEM: Amerykański sen atomowy znów się śni – tym razem z realistycznym budżetem i marketingiem jak z Tesli.
W Davos zabrzmiało jasno: era „eko”-symboli się kończy, era energii, która działa – właśnie wraca.


