Amerykański miks energetyczny przeszedł historyczną transformację – odnawialne źródła odpowiadają dziś za ponad 25% produkcji energii elektrycznej. Dwadzieścia lat temu ich udział wynosił zaledwie 8,6%. Dla porównania, w tym samym czasie węgiel spadł z 49% do zaledwie 16,4%.
Zmiana nie przyszła gwałtownie, ale z uporem właściwym cywilizacjom, które lubią najpierw zaprzeczać, a potem ogłaszać sukces jako własny wynalazek. Po raz pierwszy w historii USA w 2022 roku produkcja energii z OZE przewyższyła tę z węgla, generując ponad 900 terawatogodzin mocy wobec nieco ponad 800 z węgla. To symboliczny moment końca ery czarnego paliwa, które przez dekady było fundamentem amerykańskiej potęgi przemysłowej.
Autor poleca: Węgiel uratował USA przed mrozem. Wiatraki zamarzły, panele zasypane
W stronę czystej, ale nie taniej przyszłości
Eksperci podkreślają, że mimo braku nowych regulacji w duchu „zielonego ładu”, rozwój technologii, spadek kosztów paneli słonecznych i turbin wiatrowych oraz presja inwestorów sprawiają, że sektor rośnie siłą własnej efektywności. Nawet ograniczenia w finansowaniu i zniesienie limitów emisji po administracji Trumpa nie zahamowały trendu – tylko go spowolniły.
Na tle świata jednak Ameryka wciąż musi gonić. Globalnie, odnawialne źródła wyprzedziły produkcję z węgla dopiero w drugiej połowie 2025 roku, co pokazuje, że nawet dla przyzwyczajonych do postępu gospodarek droga do neutralności węglowej jest dłuższa niż kampania wyborcza.

CYNICZNYM OKIEM: Energia przyszłości jest czysta, ale rachunki za nią – już niekoniecznie. Zielona rewolucja w końcu też musi się komuś opłacać.
Na horyzoncie – więcej słońca, mniej spalin
W produkcji prądu Ameryka świętuje sukces, lecz patrząc szerzej – na całkowite zużycie energii – odnawialne źródła to wciąż tylko 9% miksu. Gospodarka nadal zależy od ropy, zwłaszcza w transporcie, gdzie benzyna pozostaje królową szos.
To pokazuje paradoks nowoczesnej Ameryki: kraj, który wystrzelił Teslę w kosmos, nadal zatankowany jest paliwem sprzed wieku. A jednak zmiana rozpoczęła się nieodwracalnie – słońce i wiatr przestały być romantyczną wizją ekologów i stały się realnym przemysłowym filarem.
Można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone w końcu nauczyły się zarabiać na czystości – nie z miłości do planety, ale z pragmatyzmu, który od zawsze był ich prawdziwą religią.


