Amerykańska gospodarka przyspieszyła do 4,3% wzrostu PKB, najwyższego od dwóch lat. Źródło tego entuzjazmu? Konsumpcja usług i gadżetów rekreacyjnych przez zamożnych Amerykanów oraz inwestycje w sztuczną inteligencję – nową religię Wall Street. Z ekonomicznego punktu widzenia to idealny miks: ci, którzy mają, wydają; ci, którzy nie mają, dostaną ulgi podatkowe, które zasilą kolejne zakupy, najlepiej na kredyt.

CYNICZNYM OKIEM: „Silna gospodarka” w języku politycznym to zwykle połączenie deficytu, nadziei i propagandy sukcesu. Kiedy rząd wydaje więcej, PKB rośnie – a wszyscy udają, że to znak zdrowia, nie objaw przedawkowania fiskalnych sterydów.
Jedna wielka piękna ustawa
Nowy pakiet, wdzięcznie nazwany One Big Beautiful Bill, startuje z początkiem roku. Ma dodać nawet 1 punkt procentowy do wzrostu PKB. Połączenie ulgi podatkowej dla najbiedniejszych i niższych opłat dla biznesu brzmi jak cudowne lekarstwo na wszystkie bolączki gospodarki.
Tyle że każde lekarstwo uzależnia, a to konkretne ma działać tak długo, jak długo politycy mogą drukować pieniądze szybciej, niż gospodarka produkuje towary.
Trump nie zamierza oszczędzać. Kolejne miliardy popłyną do sektorów strategicznych – sztucznej inteligencji, obronności, kosmosu, energii i minerałów krytycznych. Do tego dochodzi „dywidenda wojownika 1776” dla żołnierzy i zwrot taryfowy 2000 dolarów dla rodzin o niskich dochodach. Wyborcy zadowoleni, giełda w ekstazie, a równanie budżetowe… cóż, zostanie rozwiązane „później”.
CYNICZNYM OKIEM: Amerykański rząd odkrył ekonomiczny perpetuum mobile – im więcej wydaje, tym więcej rośnie. Problem w tym, że każdy cud gospodarczy kończy się rachunkiem – często z odsetkami i inflacją w roli głównej.
Ekonomia wiecznego impulsu
Choć wielu krytyków twierdzi, że era stymulowania fiskalnego dobiegła końca wraz z pandemią, fakty mówią coś innego. Politycy odkryli, że wydawanie pieniędzy, których się nie ma, jest najskuteczniejszą formą kampanii wyborczej.
Kiedy wyborca widzi wypłatę, a inwestor wzrost indeksów, nikt nie pyta o dług. Naród w ekstazie konsumpcji nie zadaje pytań o przyszłość – przynajmniej do następnego kryzysu.
Tymczasem ekonomiści mówią o „rekalibracji wzrostu”, a niektórzy wręcz o „nowym złotym wieku fiskalizmu”. Ładne nazwy nie zmieniają faktu, że Ameryka zbudowała silnik wzrostu na paliwie tymczasowym. Ale dopóki silnik warczy, kto by się przejmował, że pod maską dymi?


