USA o krok od wojny. Wenezuela stanowi „zagrożenie broni chemicznej”

Lada moment Maduro zostanie zbombardowany w imię pokoju

Adrian Kosta
6 min czytania

Waszyngton znów szuka wroga w swojej strefie wpływów. Prezydent Donald Trump dał zielone światło nowej kampanii wojskowej na Karaibach – Operacji „Południowa Włócznia” (Southern Spear). Oficjalnie chodzi o walkę z narkotykowym terroryzmem. Nieoficjalnie – o stworzenie pretekstu, który umożliwi kolejną „misję obrony demokracji” tuż pod amerykańskim nosem.

I jak zawsze w takich przypadkach, w tle pojawia się słowo klucz – „broń chemiczna”.

CYNICZNYM OKIEM: Kiedy Ameryka zaczyna mówić o „ochronie swojej półkuli”, reszta świata wie, że właśnie ktoś zostanie zbombardowany w imię pokoju.

Pentagon wyciąga mapę z 1983 roku

Sekretarz wojny Pete Hegseth – dawniej weteran FOX News, dziś dowódca w realnym świecie – oświadczył, że Trump „nakazał działanie,” a Departament Wojny „realizuje.” Operacja obejmuje rozmieszczenie sił morskich w rejonie południowych Karaibów oraz intensywne ćwiczenia Marines na pokładzie USS Iwo Jima – desantowca amfibijnego, który „teoretycznie mógłby wylądować na wybrzeżu Wenezueli.”

Póki co, Pentagon nazywa to działaniem ochronnym przeciw „narko-terrorystom.” Ale historia zna już zbyt wiele „ochronnych misji,” które nagle przeradzały się w interwencje.

SOUTHCOM – dowództwo odpowiedzialne za Amerykę Łacińską – zamieszcza w sieci filmy, na których żołnierze ćwiczą precyzyjne uderzenia artyleryjskie. Oficjalnie – trening. W praktyce – przygotowanie sceny.

Nowa doktryna „chemicznego zagrożenia”

Kilka godzin po ogłoszeniu operacji przeciekł tajny dokument Departamentu Sprawiedliwości, który nadał całej akcji nowy wymiar. Według Wall Street Journal, memorandum łączy Wenezuelę z „zagrożeniem bronią chemiczną.”

Nie chodzi jednak o laboratoria czy bomby. Nie – chodzi o fentanyl. Tak, ten sam narkotyk, który sieje śmierć na amerykańskich ulicach, teraz ma status „substancji, która może zostać wykorzystana jako broń chemiczna.”

To wystarczyło, by połączyć kilka kropek:

  • Fentanyl – zabija.
  • Kartel – produkuje lub przemyca.
  • Kartel – działa z Wenezueli.
  • Wniosek: Wenezuela = zagrożenie chemiczne.

Choć eksperci przypominają, że fentanyl produkowany jest głównie w Chinach i Meksyku, Pentagon woli uproszczoną wersję: „terroryści chemiczni na naszej półkuli.”

fentnyl

Polityka na sterydach. Fentanyl – cudowny pretekst

Marco Rubio, sekretarz stanu w administracji Trumpa i stary jastrząb antylatynoski, wygłosił przemowę, którą można by wkleić z roku 2003, kiedy Waszyngton szykował się do Iraku. „Nie pozwolimy, żeby Europa mówiła nam, czym jest prawo międzynarodowe,” zagrzmiał. „To nasza półkula, nasza dzielnica, nasza obrona.

To zdanie mogłoby być mottem całej amerykańskiej polityki zagranicznej: zawsze jesteśmy w obronie – nawet kiedy atakujemy.

CYNICZNYM OKIEM: Doktryna Monroe’go skończyła się dawno temu, ale amerykańscy politycy traktują ją jak wieczny abonament na interwencje południowe.

Dokument Departamentu Sprawiedliwości mówi wyraźnie: kartel, który produkuje lub przemyca fentanyl, może zostać uznany za organizację terrorystyczną. A organizacje terrorystyczne, zgodnie z nowym prawem, są „legalnymi celami wojskowymi.”

Nie trzeba już więc czekać na atak. Wystarczy stwierdzenie, że czyjś przemyt jest potencjalnym zagrożeniem – i już można wysłać drony.

Problem polega na tym, że Wenezuela nie produkuje fentanylu. Jest tylko punktem tranzytowym dla kolumbijskiej kokainy. Ale kto by się przejmował szczegółami? Od Wietnamu po Libię zawsze chodziło o coś więcej niż o fakty.

Jak zauważa były doradca Departamentu Stanu Brian Finucane:
To niewiarygodne naciągnięcie. Używać fentanylu jako argumentu dla operacji wojskowej to jak usprawiedliwiać naloty na browary, bo alkohol powoduje wypadki.

Karaiby pod obserwacją. Maduro – nowy, stary diabeł

Od września Amerykanie zatopili 21 łodzi przemytników wzdłuż wybrzeży Ameryki Łacińskiej. Każda z nich była domniemanym celem wojskowym. Żadna nie miała potwierdzonego ładunku fentanylu.

Mimo to, operacja przyspiesza.
Na wodach w pobliżu Wenezueli kotwiczą już dwa lotniskowce i jedna grupa uderzeniowa desantowców.

To więcej niż wojskowa „prewencja.”
To teatr gotowy na premierę.

CYNICZNYM OKIEM: W Waszyngtonie wojna to jedyny eksport, którego klient nigdy się nie chce, ale zawsze musi zapłacić.

Wenezuela, od lat uważana za reżim autorytarny, znów stała się idealnym wrogiem. Ma ropę, bliskość geograficzną i przywódcę o twarzy pasującej do okładki raportu wywiadu. Nicolás Maduro – człowiek, którego Zachód kocha nienawidzić – teraz ma dodatkowy problem: amerykańskie lotniskowce u brzegów i narrację o „broni chemicznej” w mediach.

To język, który znamy aż za dobrze.

W 2003 roku mówił o nim Colin Powell, wymachując fiolką z mąką w ONZ.
W 2011 – Hillary Clinton, uzasadniając naloty na Libię.
Dziś mówi go Pete Hegseth, tweetując z hashtagiem #SouthernSpear.

Historia nie tyle się powtarza, co recyklinguje.

Trump od dawna wie, że nic tak nie jednoczy elektoratu jak mała, zwycięska wojna. W roku wyborczym „operacja przeciw narko-terrorystom” może być dokładnie tym, czego potrzebuje: widowiskiem, w którym Ameryka znów jest silna, moralna i bezdyskusyjnie władcza.

Pozostaje tylko pytanie, czy świat jeszcze raz kupi ten scenariusz.

Bo jeśli historia czegoś uczy, to tego, że „tym razem naprawdę chodzi o obronę wolności” słyszeliśmy już zbyt wiele razy – zanim spadły pierwsze bomby.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *