7 marca w Trump National Doral Club w Miami, przy stołach zastawionych latynoamerykańskimi sojusznikami, Donald Trump ogłosił powstanie Międzyamerykańskiej Koalicji Przeciwko Kartelom – i przy okazji dał do zrozumienia, że półkula zachodnia ma nowego-starego gospodarza. Kartelom dedykowane pociski rakietowe, Iranowi – uwaga na drugi tydzień konfliktu, Kubie – miejsce w kolejce. Plan szeroki, ambicje jeszcze szersze.
Szczyt Tarczy Ameryk zebrał szefów państw jedenastu krajów regionu – Argentyny, Boliwii, Chile, Kostaryki, Dominikany, Ekwadoru, Salwadoru, Hondurasu, Panamy, Paragwaju oraz Trynidadu i Tobago. Wszystkie rządzone przez partie prawicowe lub centroprawicowe. Brazylia, Kolumbia i Meksyk – nieobecne. Przypadek? Niekoniecznie.

Doktryna Monroe odgrzana w mikrofalówce
Administracja Trumpa sięgnęła po doktrynę sprzed dwustu lat – tę samą, która w 1823 roku nakazywała mocarstwom europejskim trzymać się z dala od obu Ameryk – i odświeżyła ją na potrzeby XXI wieku. Media ochrzciły nową politykę mianem „Doktryny Donroe”, a Biały Dom przyjął ten termin bez mrugnięcia okiem.
„To doktryna, zgodnie z którą nie pozwolimy wrogim obcym wpływom na zdobycie przyczółka na tej półkuli, co obejmuje również Kanał Panamski” – powiedział Trump podczas przemówienia, nie wymieniając bezpośrednio Chin. Nie musiał. W ciągu ostatnich dwóch dekad Chiny stały się dominującą siłą handlową w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach – obroty handlowe w 2024 roku przekroczyły 500 miliardów dolarów, a ponad dwadzieścia krajów regionu dołączyło do pekińskiej inicjatywy Pasa i Szlaku, oddając Pekinowi kontrolę nad setkami projektów infrastrukturalnych, w tym portami.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka przez dekady ignorowała własne podwórko, a teraz odkrywa z oburzeniem, że ktoś inny postawił tam meble. Doktryna Monroe wróciła – tyle że tym razem z logiem na polu golfowym.
Kartele, Iran i kolejka po Kubę
Proklamacja podpisana przez Trumpa podczas szczytu zobowiązuje Stany Zjednoczone do szkolenia i mobilizowania armii państw partnerskich w celu demontażu karteli. Dowództwo Południowe USA już wcześniej przeprowadziło wspólne operacje z ekwadorskimi siłami zbrojnymi przeciwko organizacjom uznanym za terrorystyczne. To nie jest retoryka – to działające mechanizmy, które koalicja ma rozszerzyć na cały region.
Trump nie ukrywał szerszej perspektywy. W styczniu siły amerykańskie pojmały w Caracas Nicolása Maduro, kończąc skutecznie wenezuelskie relacje z Chinami. Kuba, według słów Trumpa, jest „na końcu kolejki” – przy czym reżim w Hawanie już podobno negocjuje z Waszyngtonem. „Ale w tej chwili skupiamy się na Iranie” – dodał, jakby lista zadań była właśnie odczytywana z kartki.
Szczyt odbywał się na napiętym tle geopolitycznym: 28 lutego we wspólnej operacji USA i Izraela zginął irański przywódca Ali Chamenei wraz z dziesiątkami czołowych postaci kierownictwa, a Teheran od tamtej pory prowadzi serię ataków odwetowych. Terrorystyczna organizacja Hezbollah, pełnomocnik Iranu, posiada siatki w Ameryce Łacińskiej, wykorzystując półkulę zachodnią do prania pieniędzy i finansowania działalności – co Trump przywołał jako dodatkowy argument za integracją regionalnej polityki bezpieczeństwa z globalną.
CYNICZNYM OKIEM: Siedemnastu sygnatariuszy koalicji, wszyscy prawicowi, żaden z największych gospodarek regionu – to nie jest sojusz półkuli zachodniej, to klub wybranych, którym tym razem akurat po drodze z Waszyngtonem.
Półkula zachodnia jako priorytet strategiczny
W strategii bezpieczeństwa narodowego opublikowanej w listopadcu 2025 roku administracja Trumpa wprost nazwała „wielkim amerykańskim błędem strategicznym ostatnich dziesięcioleci” pozwolenie pozapółkulowym konkurentom na ugruntowanie pozycji w regionie. Szczyt w Miami jest pierwszą praktyczną manifestacją tej diagnozy – spotkaniem, które Departament Stanu opisał jako zebranie „podobnie myślących sojuszników”.
Kristi Noem, ustępująca sekretarz bezpieczeństwa krajowego, pokieruje wysiłkami jako specjalny wysłannik ds. Tarczy Ameryk – rola stworzona przez Trumpa na pięć dni przed szczytem. Struktury koalicji dopiero się formują, ale kierunek jest czytelny: wojskowa współpraca, szkolenia, wspólne operacje i – jak zaznaczył Trump – możliwe użycie pocisków rakietowych wobec karteli.
Czy ta architektura okaże się trwała, zależy od tego, czy sojusznicy z Miami utrzymają się przy władzy, czy interesy regionalne nie zaczną się rozjeżdżać przy pierwszym poważnym teście, i czy Waszyngton tym razem naprawdę zamierza pozostać zaangażowany – a nie znów odpłynąć w stronę odległych miejsc, gdzie, jak mówił Trump, „nawet go nie chciano”.



