Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski dopiero teraz, po niemal trzech latach od wybuchu wojny, zdecydował się przyznać, że rezygnacja z członkostwa w NATO może być dla jego kraju nieuniknionym krokiem.
W niedzielnej rozmowie z dziennikarzami, przytaczanej przez Financial Times, Zełenski ogłosił gotowość do porzucenia tej ambicji na rzecz „silnych gwarancji bezpieczeństwa” od Stanów Zjednoczonych oraz wybranych sojuszników – od Kanady po Japonię.
Wypowiedź ta jest tyleż zaskakująca, co spóźniona. Zełenski przyznał, że jego propozycja to kompromis, który ma zapobiec kolejnej fali rosyjskiej agresji. Pojawia się jednak pytanie: dlaczego tę samą propozycję, która dziś brzmi jak rozsądny pragmatyzm, nie przedstawiono przed lutym 2022 roku, kiedy jeszcze było co ratować?
Berlin jako scena dyplomatycznej iluzji. Zakazana prawda o ekspansji NATO
Zełenski spotkał się w Berlinie z amerykańskim wysłannikiem Steve’em Witkoffem oraz doradcą Donalda Trumpa i zięciem byłego prezydenta, Jaredem Kushnerem. W tym samym czasie prowadził rozmowy z doradcami ds. bezpieczeństwa z Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. To swoista dyplomatyczna symfonia gestów, które wydają się zbyt późne, by miały realny wpływ na bieg wydarzeń.
CYNICZNYM OKIEM: Ta symboliczna pielgrzymka po europejskich stolicach przypomina widowisko mające więcej wspólnego z politycznym PR niż z realnym ratowaniem bezpieczeństwa Ukrainy. Kiedy karty zostały rozdane, a iluzje rozwiane, pozostaje tylko teatralne odgrywanie roli państwa suwerennego w świecie, który zapomniał, czym ta suwerenność była.
W kuluarach Zachodu nie jest już tajemnicą, że ciągła ekspansja NATO stanowiła jeden z głównych czynników, które doprowadziły do rosyjskiej inwazji. Przez lata nie mówiło się o tym głośno – bo nie wypadało. Publiczne przyznanie, że ambicje sojuszu przyczyniły się do katastrofy, groziło natychmiastowym potępieniem, a każdy, kto odważył się choćby o tym wspomnieć, trafiał do cenzurowego getta pod szyldem „apologety Putina”.
Tymczasem w prywatnych rozmowach, gdy światła kamer gasną, nawet byli wysocy urzędnicy administracji Bidena mieli odwagę przyznać, że wiedzieli o tym od dawna. Właśnie to stanowi najbardziej gorzki element tej historii: świadomość, że ci sami ludzie, którzy dziś ubolewają nad losem Ukrainy, świadomie wspierali politykę prowadzącą do wojny, chcąc przy okazji „osłabić Rosję”.
Cyniczna gra wielkich mocarstw
Dla Zachodu konflikt na Ukrainie był próbą siły, testem geopolitycznej wytrzymałości, w którym Ukraina stała się pionkiem – zdeterminowanym, dumnym, ale jednak pionkiem. W Białym Domu nie brakowało głosów, które uważały, że każda kropla krwi w Donbasie to cios w rosyjską gospodarkę. W Brukseli – że to niezbędny koszt obrony europejskich wartości.
CYNICZNYM OKIEM: W praktyce żadna z tych narracji nie ma wiele wspólnego z wartościami. To cyniczna gra o wpływy, w której moralność pełni rolę rekwizytu. Prawdziwe decyzje zapadają w ciszy, za zamkniętymi drzwiami, między raportami, a umowami gazowymi. A kiedy już zostaje tylko popiół, wtedy mówi się o „niezbędnych ofiarach” – z tą samą obojętnością, z jaką dyplomata zamyka teczkę po skończonym spotkaniu.
Dziś, gdy Zełenski mówi o kompromisie, robi to w świecie, który niechętnie słucha tych, którzy przyznają się do pomyłek. Jego spóźnione uznanie realiów nie jest przejawem słabości, lecz desperacką próbą zachowania resztek manewru. Ale dla opinii publicznej Zachodu to tylko kolejny dowód, że Ukraina przestała już być symbolem, a stała się problemem – zbyt kosztownym, by go rozwiązać, i zbyt niewygodnym, by go zrozumieć.
Czasami prawda przychodzi późno – czasami zbyt późno, by miała jeszcze znaczenie.


