Kiedy prezes największego koncernu chemicznego świata mówi o katastrofie, warto go wysłuchać. Markus Kamieth, szef BASF, nie owija w bawełnę: unijny handel emisjami CO₂ to „mechanizm destrukcji” europejskiego przemysłu.
Nie „wyzwanie”. Nie „okres przejściowy”. Po prostu – destrukcja.
Zielony sen zamienia się w przemysłowy koszmar
Podczas gdy światowa gospodarka odbija po postpandemicznym kryzysie – gospodarka USA rośnie w tempie 4%, Azja znów bije rekordy eksportu, Indie stają się fabryką świata – niemiecki przemysł chemiczny, niegdyś motor całej europejskiej produktywności, stoi w miejscu.
BASF, symbol niemieckiego sukcesu gospodarczego, odnotowuje spadek przychodów o 3% i EBITDA o 5%. Wyniki przyszły w „stabilnym otoczeniu”, co w języku korporacyjnym oznacza jedno: nie da się już zrzucać winy na pandemię, wojnę czy globalne spowolnienie. Problem tkwi wewnątrz Europy.
Kamieth mówi wprost: system handlu emisjami EU ETS 2 nie ratuje klimatu – rujnuje konkurencyjność. Od 2027 roku, gdy znikną zwolnienia, BASF zapłaci dodatkowy miliard euro rocznie za sam fakt, że działa w Unii Europejskiej. W tym samym czasie amerykańskie i chińskie koncerny będą korzystać z pełnej wolności energetycznej.
Maszyna, która pożera swoich twórców
Europejski system ETS powstał z ideą, by „zanieczyszczający płacił”. Dziś „płacą” już wszyscy – od huty po gospodarstwo domowe. Mechanizm handlu uprawnieniami do emisji, zaprojektowany jako motywator ekologicznej innowacji, stał się jedynie drukarką opłat i podatków.
Co gorsza, wszystko to odbywa się w ramach świata, w którym nikt inny nie gra według tych zasad.
USA odeszły od Porozumienia Paryskiego. Chiny budują nowe elektrownie węglowe szybciej, niż UE potrafi pisać raporty z własnych szczytów klimatycznych. Jak mówi Kamieth – europejski przemysł jest „wyciskany” przez zideologizowaną politykę CO₂, która tworzy deindustrializację pod przykrywką zbawienia planety.
CYNICZNYM OKIEM: Cała polityka klimatyczna UE wygląda dziś jak operacja finansowa ubrana w moralne szaty. Bruksela nie walczy z emisjami – walczy o wpływy. Pod pretekstem walki z globalnym ociepleniem wprowadza gigantyczny aparat fiskalny, w którym każde euro przepływa przez jej ręce. Handel CO₂ to przecież nie system ochrony środowiska, lecz system emisji finansowych. Handluje się pozwoleniami, dopłatami, zwrotami i kredytami klimatycznymi. W tle – nowy rodzaj władzy: ekonomia cnoty.
To nie przypadek, że w ramach „transformacji” rocznie 4–5% europejskiego PKB trafia poza mechanizmy rynkowe.
Kapitał nie inwestuje już w fabryki i rozwój, lecz w certyfikaty i offsety, które istnieją tylko na papierze.
Symfonia samoograniczania
W tej muzyce biurokracji najbardziej cierpi Mittelstand – niemiecka klasa średnich przedsiębiorstw. Podczas gdy giganci jeszcze mogą pozwolić sobie na departamenty ds. zgodności z ETS i unijne prawnicze armie, małe firmy duszą się w opłatach, których nie rozumieją.
Na horyzoncie widać tylko kolejne rozporządzenia: ETS 3, CBAM, mechanizmy wyrównawcze, opłaty od transportu, od budynków, od śladu węglowego każdego produktu.
Kamieth trafnie zauważa – dotacje nie są lekarstwem, tylko narkotykiem. Kiedy przemysł od dawna jest uwięziony w sieci grantów i ulg, każde posunięcie Brukseli przypomina dożylne podawanie finansowego morfiny. Zamiast konkurencji mamy podtrzymywanie wegetacji: żyj, ale na naszych warunkach.
Europa lubi mówić o sobie jako o globalnym liderze klimatycznym. Tymczasem staje się klimatycznym samotnikiem.
Na COP30 w Brazylii USA formalnie potwierdziły wycofanie z Porozumienia Paryskiego. Chiny i Indie od dawna trzymają się własnych planów – głównie gospodarczych. Reszta świata obserwuje europejski eksperyment z lekkim współczuciem, jak widz, który wie, że bohater dramatu idzie prosto w otwartą przepaść.
Fakty, które nie mieszczą się w broszurach
Kamieth i Kullmann (prezes Evonik) mają odwagę mówić głośno to, o czym inni milczą. Ich głosy są jednak zagłuszane przez medialny aparat moralizmu.
Żelazna kurtyna nie zniknęła – tylko zmieniła kolor z czerwonego na zielony.
To samo widać w debacie o energetyce jądrowej – uciszanej, bo nie pasuje do narracji o „czystej energii”.
Podczas gdy Francja, USA i Chiny odbudowują floty reaktorów, Niemcy zamykają potencjał energetyczny wart miliardy, by palić gaz i węgiel w imię „neutralności klimatycznej”.
Rzeczywisty koszt polityki klimatycznej łatwo ukryć w rachunkach. Ale nawet ostrożne analizy pokazują: Niemcy tracą 150–200 miliardów euro kapitału produkcyjnego rocznie. To kwota, która mogłaby sfinansować nową sieć przemysłową – zamiast tego zasila biurokratyczne fundusze w Brukseli.
Fundusz Społeczny Klimatyczny – 10 miliardów euro tzw. rekompensat dla gospodarstw domowych – jest jak plaster na złamaną nogę. Tylko dowodzi, że Komisja dokładnie rozumie, jakie szkody zadaje. I jednocześnie lokuje moralność po stronie sprawcy.
CYNICZNYM OKIEM: Nie da się nie zauważyć groteskowego paradoksu: im gorzej dla przemysłu, tym lepiej dla systemu. Upadek produkcji generuje większy popyt na dotacje; redukcja miejsc pracy wymusza nowe subsydia; wysokie ceny energii – kolejne kredyty dla „zielonych gospodarstw.” To cykl autopojetyczny, jakby unijna biurokracja wynalazła perpetuum mobile w wersji fiskalnej.
Problem w tym, że perpetuum mobile działa tylko na papierze. W realnym świecie rośnie bezrobocie, fabryki migrują do USA i Azji, a europejska klasa średnia staje się klasą rachunków. System ETS to już nie narzędzie do redukcji emisji – to narzędzie do redystrybucji wpływów i kontroli.
W 2025 roku powolna erozja europejskiej potęgi staje się widoczna gołym okiem. Nie przez globalne kryzysy, lecz przez politykę autodestrukcji udającą cnotę. Kiedy chemiczny gigant – fundament niemieckiej gospodarki – mówi, że system CO₂ to „atak na fundamenty przemysłu”, nie jest to już ostrzeżenie. To wyrok.
Europa chciała być laboratorium klimatycznego postępu.
Zamienia się w muzeum przemysłowej przeszłości.
I nawet najbardziej zielona retoryka nie przykryje faktu, że bez solidnej bazy produkcyjnej nie da się uratować ani klimatu, ani demokracji.



