Kiedy świat przyspiesza w stronę sztucznej inteligencji, Europa znowu stoi na peronie, choć pociąg odjechał już dawno. Gdy Stany Zjednoczone i Chiny ścigają się o dominację technologiczną, Unia Europejska grzęźnie w samozadowoleniu regulacji i centralnego planowania, które bardziej przypomina późny socjalizm niż nowoczesną strategię rozwoju. Historia gospodarcza zatacza koło – znów patrzymy, jak Amerykanie stają się właścicielami przyszłości, a Europejczycy komentatorami postępu.
Na rynkach finansowych widać déjà vu z czasów dotcomowej gorączki sprzed ćwierć wieku. Kapitał płynie w kierunku sztucznej inteligencji i centrów danych, podobnie jak wtedy płynął do internetu. Tym razem jednak Europa nie tylko nie biegnie w wyścigu – ona nawet nie ustawiła się na starcie. Strukturalnie i mentalnie nic się nie zmieniło od 2000 roku: USA i Chiny walczą o złoto, a Bruksela organizuje konferencje o etyce sztucznej inteligencji.
Europejski sen o jednorożcach. Kolizja ideologii
Jednym z najprostszych sposobów zmierzenia innowacyjności gospodarki jest liczba tzw. unicornów – prywatnych startupów wycenianych na minimum miliard dolarów. W Stanach Zjednoczonych działa ich dziś około 1700, w całej Unii… zaledwie 280. Udział Europy w globalnym rynku technologicznych jednorożców nie przekracza dziesięciu procent, i to mimo milionów euro wydanych na granty, raporty i badania pilotażowe.
W tym samym czasie amerykańscy giganci – Amazon, Microsoft, Alphabet i Meta – zainwestowali ponad 320 miliardów dolarów tylko w tym roku, budując ponad 550 nowych centrów danych w Wirginii, Teksasie i Arizonie. W Europie, która zdołała podwoić moc swoich serwerowni „aż” o 75 procent, łączny nakład nie przekroczył 100 miliardów euro. To różnica nie w skali, lecz w cywilizacyjnym podejściu do rzeczywistości.
CYNICZNYM OKIEM: Najbardziej użyteczna dla wszystkich jest narracja, że Europa ma własną ścieżkę rozwoju. W praktyce to ścieżka donikąd – złożona z zielonych obietnic, absurdalnych podatków i regulacji pisanych z lęku przed sukcesem sektora prywatnego.
Trudno znaleźć lepszy przykład cywilizacyjnego rozjazdu niż podejście USA i UE do sztucznej inteligencji. Za oceanem – deregulacja, prywatny kapitał, ostra konkurencja. W Brukseli – centralne planowanie, „strategiczne mapy drogowe” i urzędnicy rozpisujący przyszłość na siedmioletnie cykle zgodne z planem Komisji. Nic nie może się wydarzyć, dopóki nie zostanie uzgodnione przy stoliku z porcelanową flagą Unii.
Europejska wersja AI-boomu nazywa się Invest-AI. 50 miliardów euro kredytowanych przez Unię ma „wywołać” kolejne 150 miliardów inwestycji prywatnych. W teorii skończy się to powstaniem czterech „gigafabryk AI”. W praktyce – kolejną edycją Habeckonomii, gdzie państwo gwarantuje, subsydiuje i reguluje jednocześnie. Projektów nie brakuje: Horizon Europe, RAISE, Gen-AI-4-EU. Każdy z osobna brzmi dumnie, razem tworzą biurokratyczny labirynt, z którego nikt nie wychodzi bogatszy, ale wszyscy – zajęci.
Państwo kontra przedsiębiorca
W Stanach Zjednoczonych startupy wyrastają jak grzyby po deszczu, karmione kapitałem i ambicją. W Europie inwestorzy nauczyli się jednej lekcji – nie warto ryzykować tam, gdzie regulacje zmieniają się szybciej niż technologie. Unia zamieniła przedsiębiorczość w sport kontaktowy z urzędnikiem, a przedsiębiorcę w półurzędnika z teczką formularzy. Dyrektywa po dyrektywie, aparat biurokratyczny buduje własną wieżę Babel i wciąż udaje, że produkuje wzrost, podczas gdy naprawdę produkuje raporty.
W tym samym roku, w którym USA przyciągnęły setki miliardów inwestycji, Bruksela nałożyła ponad 3,2 miliarda euro kar finansowych – głównie na amerykańskie firmy technologiczne. Oficjalnie w imię ochrony konkurencji, faktycznie w imię kontrolowania jej skutków. Biurokratyczny Leviatan karmi się gospodarką niczym pasożyt: pożera energię, zostawiając martwą strukturę i puste hasła o „cyfrowej suwerenności”.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy europejscy regulatorzy walczą ze „złym kapitałem amerykańskim”, ich własne dzieci instalują amerykańskie aplikacje i korzystają z amerykańskich chmur danych. Idealny przykład unijnej schizofrenii – gospodarczej i moralnej.
Nie bez ironii to właśnie atom – odrzucony przez „zielone sumienie” Niemiec – staje się nowym paliwem dla gospodarki danych. Stany Zjednoczone i Chiny masowo inwestują w energetykę jądrową, bo wiedzą, że sztuczna inteligencja pożera prąd szybciej niż ideologia produkuje zakazy. Francja i Polska budują reaktory, niemieccy politycy piszą manifesty o wegańskich farmach danych.
Tymczasem mechanizm ekonomiczny jest oczywisty. Wielkie inwestycje technologiczne zawsze kończą się okresowym przewartościowaniem – tak jak bańka internetowa w 2000 roku – ale zyski strukturalne pozostają na dekady. Z Amazonów, Google’ów i Microsoftów rodzą się nowe gospodarki. Europa natomiast wciąż powtarza, że „tym razem będzie inaczej”, choć od lat produkuje tylko unormowane porażki.
W tym rozdaniu Unia Europejska przypomina gracza, który przegrał wszystko, ale wciąż domaga się naprawy zasad gry. I może rzeczywiście otrzyma, co chce – gospodarkę idealnie kontrolowaną, całkowicie bez ryzyka, a przez to zupełnie bez życia.


