W piątym roku wojny ukraińskiej słowo „pokój” brzmi coraz bardziej jak ironia. Rozmowy w Genewie, w których uczestniczyli przedstawiciele Rosji, Ukrainy i Stanów Zjednoczonych, po raz kolejny utknęły przy pytaniu, które zajmuje Zachód od lat: kto ma ustąpić pierwszy? Zełenski nie odda ziemi, Putin nie odda Donbasu. A tymczasem linia frontu dawno przebiegła przez całą Europę – nie w sensie militarnym, lecz ekonomicznym, politycznym i mentalnym.
Zamiast hamować konflikt, europejskie rządy zaczęły na nim zarabiać. Wojna stała się wymówką dla nowych emisji długu, reorganizacji budżetów i tworzenia „obligacji obronnych”. Ursula von der Leyen promuje ideę europejskiej armii, Londyn i Berlin prześcigają się w retoryce antyrosyjskiej, a media zapewniają, że wszystko to dzieje się w imię pokoju. Jakże przewrotnie – wojna o pokój to dziś najstabilniejsza inwestycja Unii.
CYNICZNYM OKIEM: Im dłuższy konflikt, tym krótsze wspomnienia obywateli o własnej biedzie. Wojna ma tę zaletę, że usprawiedliwia każdą inflację.
Zachód zapomniał, po co wojny się kończy
Zachodni politycy zdają się przekonani, że odwieczna strategia osłabiania Rosji wreszcie ma szansę się udać. Problem w tym, że każda wcześniejsza próba konsolidowała Rosjan bardziej niż sankcje ich dzieliły.
Zablokowani sportowcy, zamrożone konta, zakaz występów na arenach i festiwalach – wszystkie te gesty symbolicznej zemsty odniosły odwrotny skutek. Zamiast dystansu wobec Kremla – rosnąca jedność. Zamiast liberalnego buntu – militarne poparcie. Rosja, której integrację z Europą jeszcze dekadę temu uważano za kwestię czasu, odwróciła się na Wschód.
W tych warunkach marzenia o wewnętrznym obaleniu Putina są równie realne jak nadzieje, że inflacja zniknie po dekrecie z Brukseli. Na Kremlu nie słychać już kompleksów – tylko język odwetu. A gdy poważni rosyjscy intelektualiści zaczynają mówić o „nuklearnej konieczności”, świat powinien przestać udawać, że to akademickie rozważania.
Głos z Moskwy – Karaganow i nuklearny fatalizm
W Rosji coraz częściej słychać, że nuklearne odstraszanie nie działa, jeśli nikt nie wierzy, że naprawdę zostanie użyte. Jednym z tych, którzy mówią to najgłośniej, jest profesor Siergiej Karaganow – człowiek, którego w Moskwie słucha się z powagą, jakiej w Waszyngtonie kiedyś słuchano Henry’ego Kissingera. Doradca Putina, szef wpływowych gremiów strategicznych, intelektualny architekt współczesnej doktryny rosyjskiej.
W głośnym eseju opublikowanym w Russia in Global Affairs Karaganow napisał wprost, że „europejskie elity trzeba nauczyć lekcji”. Według niego wojna w Ukrainie trwa zbyt długo dlatego, że Moskwa zbyt długo unikała „aktywnego odstraszania nuklearnego”. Uderzenie w cele strategiczne – jego zdaniem – mogłoby zakończyć konflikt w kilka dni. Cel? Nie Ukraina, lecz centra decyzyjne Europy Zachodniej – stolice, w których zbierają się elity polityczne.
Karaganow dowodzi, że wojna na Ukrainie to tylko symptom choroby: moralnego rozkładu europejskich elit, które utraciły zdolność refleksji. Według niego Europa cuchnie zmęczeniem, ale wciąż zarządza cudzą śmiercią.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy profesorowie zaczynają mówić o atomie jak o narzędziu wychowawczym, cywilizacja kończy się w przypisie naukowym.
Nuklearne sny Europy
Paradoks polega na tym, że po drugiej stronie barykady europejscy przywódcy myślą podobnie – tyle że w odwrotnym kierunku. Emmanuel Macron i Friedrich Merz prowadzą rozmowy o stworzeniu „kontynentalnej tarczy nuklearnej”. Prezydent Turcji Recep Erdoğan otwarcie domaga się własnej broni jądrowej, a prezydent Polski Karol Nawrocki sugeruje, że Warszawie „należą się” głowice w ramach NATO.
W tym samym czasie amerykańscy senatorowie – z Lindseym Grahamem na czele – postulują, że „wiarygodne odstraszanie” wymaga gotowości faktycznego użycia arsenału nuklearnego. Każdy taki głos przesuwa granicę normalności. To, co przez pół wieku uważano za niewyobrażalne, dziś brzmi jak temat posiedzenia komisji obrony.
Im dłużej trwa konflikt, tym większe staje się ryzyko, że nawet przypadek stanie się pretekstem. Jedno źle zinterpretowane ćwiczenie, jedna zbłąkana rakieta, jeden emocjonalny komunikat w mediach – tyle wystarczy, by wciągnąć świat w spiralę, z której nie ma powrotu.
Najgroźniejszy jest jednak klimat umysłowy: coraz więcej polityków i strategów mówi o wojnie atomowej jak o partii szachów, którą można wygrać. Nie wspominają, że po wygranej nie będzie już komu klaskać.
CYNICZNYM OKIEM: Politycy, którzy wierzą w „kontrolowaną wymianę jądrową”, przypominają dzieci rozpalające ognisko w składzie fajerwerków.
Europa jako zakładnik własnych ambicji
Gdy patrzy się z dystansu, widać, że nikt tu nie dąży już do pokoju, tylko do narracji zwycięstwa. Ukraina ma być symbolem oporu, Rosja – imperium odrodzonym przez krzywdę, Europa – potęgą militarną, Stany Zjednoczone – gwarantem porządku. Każdy gra w swoją wojnę, a ludzie giną w cudzej opowieści.
Nie trzeba proroka, by dostrzec, że granica między „ograniczoną eskalacją” a globalną katastrofą staje się coraz cieńsza. A jeśli na świecie rzeczywiście istnieje coś bardziej niebezpiecznego niż nuklearna broń, to tylko nuklearna pewność samych siebie.
Modlitwa o pokój to dziś nie frazes. To ostatni luksus, na jaki Europa jeszcze może sobie pozwolić – o ile zachowa rozsądek dłużej niż cierpliwość.


