Po dwóch latach wojny, wyczerpania i chaosu, prezydent Wołodymyr Zełenski postanowił zagrać nową kartą: ogłosił, że jest „gotów i chętny” przeprowadzić wybory prezydenckie.
Nie oznacza to wcale, że takowe się odbędą. Oznacza jedynie, że powstała komisja, która będzie „badać”, czy można głosować, kiedy spadają rakiety.
Autor poleca: Wschodnia Ukraina bez prawa głosu – Zełenski zapowiada wybory
Wojna, prawo i polityczna próżnia
Od grudnia Ukraina funkcjonuje w ustrojowej szarej strefie. Konstytucja zezwala na przedłużenie kadencji parlamentu w czasie stanu wojennego – ale nie wspomina ani słowem o prezydencie. To luka, w którą idealnie wpasował się Zełenski. Jego mandat wygasł, ale nie on sam.
Kreml od miesięcy nazywa go „nielegalnym przywódcą”, twierdząc, że każdy podpisany przez niego traktat byłby nieważny. Prezydent Rosji publicznie drwi: „Z kim mamy rozmawiać o pokoju, jeśli jego władza nie istnieje?”
Na drugim biegunie – Donald Trump, który po swojemu wyczuł polityczny moment. Już w grudniu stwierdził, że „Ukraina przestaje być demokracją”, i że czas najwyższy zorganizować głosowanie. Kiedy Trump zaczyna bronić demokracji, można być pewnym, że ktoś w Kijowie zaczyna się pocić.
Zamiast ogłosić wybory, Zełenski polecił powołać „grupę roboczą” w parlamencie. Szef frakcji Sługi Narodu, Dawid Arachamija, ogłosił, że komitet ds. samorządu i rozwoju regionalnego zajmie się analizą „możliwości przeprowadzenia wyborów prezydenckich podczas stanu wojennego”.
Nie oznacza to działania, lecz – w najlepszym razie – trwające miesiącami konsultacje o tym, czy w ogóle da się coś zrobić.
„Obecnie nie ma żadnych projektów ustaw ani inicjatyw dotyczących wyborów podczas stanu wojennego” – przyznał wiceprzewodniczący Rady Najwyższej, Ołeksandr Kornijenko.
Brzmi znajomo. To biurokratyczne perpetuum mobile, które nie ma końca ani celu. Bo choć Zełenski zapewnia, że jest „zawsze gotów”, to gotowość bez daty to jak teatr bez premiery.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy polityk mówi, że „powoła zespół do zbadania możliwości”, w praktyce znaczy to: „zrobię wszystko, by nie musieć tego robić.”
Demokracja warunkowa – tylko przy sprzyjającej pogodzie i wsparciu NATO
Zełenski przekonuje, że jeśli już wybory się odbędą, to tylko wtedy, gdy „międzynarodowi partnerzy zapewnią bezpieczeństwo.” To elegancki sposób, by powiedzieć: „nie nasza wina, jeśli nic z tego nie wyjdzie.”
Rzeczywiście – jak przeprowadzić głosowanie, gdy linie frontu przesuwają się co tydzień, miliony obywateli żyją za granicą, a część kraju jest okupowana? Czy głosy z Donbasu będą ważne? Czy da się liczyć karty wyborcze pod ostrzałem?
Odpowiedź jest oczywista – nie. Ale problem nie dotyczy logistyki. Chodzi o legitymację.
Po dwóch latach wojny Zachód coraz częściej pyta o granice władzy Zełenskiego – i o to, kto właściwie reprezentuje Ukrainę. Powołanie grupy parlamentarnych ekspertów daje czas, by nie odpowiadać na to pytanie wprost.
Dla Zełenskiego wybory to miecz obosieczny.
Z jednej strony dałyby mu pretekst do odnowienia mandatu i symboliczne potwierdzenie, że Ukraina – mimo wojny – wciąż jest demokracją. Z drugiej – otworzyłyby drzwi dla opozycji, której popularność rośnie w miarę zmęczenia społeczeństwa konfliktem.
Dlatego obserwatorzy w Kijowie są zgodni: inicjatywa wyborcza to bardziej spektakl niż decyzja. Ma pokazać Waszyngtonowi i Unii, że Ukraina rozważa wybory – czyli czyni to, czego oczekują sponsorzy, ale na bezpieczną odległość.
CYNICZNYM OKIEM: W Kijowie nikt nie chce głosować, ale wszyscy chcą pokazać, że są w stanie – gdyby nagle ktoś wymagał dowodu demokracji w praktyce.
Demokracja warunkowa, prezydent tymczasowy
Sama idea wyborów podczas wojny przypomina eksperyment z fizyki politycznej: jak długo państwo może istnieć w trybie „tymczasowej legalności”?
Konstytucyjnie Zełenski jest już poza mandatem. Politycznie – nadal nie do ruszenia. Dopóki istnieje wojna, każda próba kwestionowania jego władzy zostaje wpisana w narrację o zdradzie i sabotażu.
Ale jeśli wojna potrwa kolejny rok czy dwa, Ukraina obudzi się z faktem, że demokratyczny mandat już wygasł – a dyktatura zaczęła się z najlepszymi intencjami.
Parlament obiecał, że „poinformuje o terminie pierwszego posiedzenia grupy wkrótce.” Media zostaną zaproszone, a całość zapewne zakończy się serią konferencji o „wyzwaniach transparentności i logistyki głosowania.”
Czyli inaczej mówiąc: nic się nie stanie – ale z klasą i protokołem.
I choć Zełenski deklaruje, że jest „zawsze gotów na wybory”, wygląda na to, że głosować będą tylko spin-doktorzy, a wynik – jak zawsze w czasie wojny – policzy historia.


