Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych opublikował kolejne partie dokumentów związanych ze sprawą Jeffreya Epsteina – człowieka, którego śmierć w celi miała zamknąć jeden z najbardziej mrocznych rozdziałów współczesnej elity, a w rzeczywistości otworzyła niekończący się katalog pytań. Nowe materiały, liczące setki tysięcy stron, zdjęć i dowodów, miały wreszcie przynieść przejrzystość – a przyniosły kolejną warstwę czarnej farby zakrywającej imiona, twarze i miejsca.
Największym problemem ujawnionych plików nie jest ich brak, lecz nadmiar. Wśród tysiąca stron ukryto wszystko i tym samym ukryto sens. Zeszłotygodniowe 680 stron było w całości zaczernione.
Tym razem Departament Sprawiedliwości dorzuca trzy foldery: piąty z materiałami z aresztu w Nowym Jorku i posiadłości Epsteina, szósty z aktami sądowymi dotyczącymi sprawy Ghislaine Maxwell, oraz siódmy obejmujący dokumenty z jego pierwszej, z roku 2007, sprawy karnej.
Każdy folder to osobna opowieść o niedopowiedzeniach, na której końcu znajduje się jedno wrażenie – więcej nie wiemy, niż wiedzieliśmy.
Autor poleca: Clintonowie dostali ostatnie ostrzeżenie ws. Epsteina. Grożą im sankcje
Transparentność po amerykańsku. Polityka, prawo i show
Nowe prawo, nazwane „Epstein Files Transparency Act”, miało wymusić pełne ujawnienie materiałów. Ustawa została podpisana przez prezydenta, a termin publikacji był jasny: pełne ujawnienie wszystkich akt do dnia dzisiejszego. Tymczasem Departament Sprawiedliwości ogłosił, że nie zdąży.
Zastępca prokuratora generalnego Todd Blanche przyznał, że zamiast pełnej publikacji dziś ukaże się „kilkaset tysięcy dokumentów”, a kolejne „kilkaset tysięcy” w następnych tygodniach. Blokadą mają być procesy anonimizacji – redagowanie imion i danych ofiar, świadków oraz powiązanych osób. Blanche zaznaczył: „Każdy fragment papieru, każdy obraz, każdy zapis musi zostać sprawdzony pod kątem ochrony tożsamości ofiar.”
W praktyce oznacza to, że społeczeństwo widzi dokładnie to, co Departament chce, by zobaczyło, i dokładnie nic więcej.
Na reakcję polityków nie trzeba było długo czekać. Poseł Thomas Massie, współautor ustawy o transparentności, przypomniał, że prawo nie daje tu pola do interpretacji. „Prezydent podpisał ustawę, prokurator generalny mu podlega, i nie ma żadnej dwuznaczności – termin mija dziś.
Demokratyczna strona Komisji Nadzoru Izby Reprezentantów poszła jeszcze dalej. W obliczu opóźnień DOJ zaczęła samodzielnie publikować nowe partie zdjęć z posiadłości Epsteina, powołując się na potrzebę przejrzystości wobec obywateli. „Musimy zakończyć to tuszowanie, DOJ powinien natychmiast ujawnić pliki Epsteina” – podkreślił kongresmen Robert Garcia.

CYNICZNYM OKIEM: Kiedy politycy obu partii zaczynają zgodnie wzywać do przejrzystości, można być pewnym, że nikt z nich nie chce jej naprawdę. Transparentność jest w amerykańskiej polityce jak lustro – im bardziej błyszczy, tym więcej rzeczy odbija zniekształconych.
Obrazy, które mówią więcej po ich ocenzurowaniu
Wśród zdjęć i plików z nowego wydania pojawiają się tematy, które jednocześnie coś obiecują i niczego nie ujawniają. Fotografie pokazują pokoje kontrolne, dyski twarde opatrzone numerami dowodowymi i sprzęt monitorujący, setki paszportów i dokumentów tożsamości kobiet z Ukrainy, Rosji, Południowej Afryki, Włoch, Czech i Litwy – wszystkie dane, oczywiście, zaczernione.

Są też obrazy, które wymykają się oswojeniu: ciała kobiet z fragmentami cytatów z „Lolity” nabazgranymi na skórze, między innymi słynne „She was Lo, plain Lo, in the morning, standing four feet ten in one sock”.

Te zdjęcia nie tylko szokują. One przypominają, że Epstein był architektem świata, w którym granica między zbrodnią, a estetyką przestaje być widoczna.
Znajdują się również zrzuty z rozmów tekstowych, w których nieujawnione osoby dyskutują o „dziewczynach”, jakie mają zostać wysłane do „J”. Krótka wiadomość brzmi: „I will send u girls now. Maybe someone will be good for J?” – lakoniczna, ale wystarczająco jasna, by oddać rytm całego procederu.

Akta, które wciąż budują mury milczenia
Departament Sprawiedliwości zapewnia, że działa w zgodzie z literą prawa, chroniąc ofiary i świadków. Lecz skala redakcji sprawia, że dokumenty wypełnia czarna zapora zamiast treści, a nazwisko „Epstein” coraz częściej oznacza nie człowieka, lecz system – sieć powiązań, kompromitacji i politycznych lęków.
Warto zauważyć, że nawet najbardziej poważne media, jak „The New York Times”, w przypisie między wersami przyznały, że nie ma żadnych dowodów na udział Donalda Trumpa w procederze Epsteina. To jedno zdanie stało się w tym zalewie zaczernionych stron najbardziej czytelnym komunikatem – tym, co system chce, byśmy zapamiętali.
CYNICZNYM OKIEM: Prawda nie została zamknięta w sejfie – została po prostu rozrzedzona w milionach stron, których nikt nie da rady przeczytać.
Trwające od lat dochodzenie stało się eksperymentem w sztuce tzw. przejrzystości pozornej. Publikuje się wszystko – by nic nie było jasne. Redagowanie zamienia się w narzędzie budowania spokoju publicznego, a nie w metodę ochrony ofiar. To, co nazwano ujawnieniem, jest w istocie kolejnym etapem zapominania.
Epstein, jego współpracownicy i skorumpowana infrastruktura władzy przestali być przedmiotem śledztwa. Stali się częścią narracji, w której każdy ma swoją wersję, a żadna z nich nie prowadzi do rozwiązania. Wciąż trwają zapowiedzi kolejnych publikacji, kolejnych setek tysięcy stron, kolejnych fotografii. I każda z nich tylko pogłębia ciemność, w której ta historia znalazła swoje idealne miejsce.
Bo dziś to już nie tajemnica otacza Jeffreya Epsteina.
To system zasłon, który udaje, że próbuje ją odsłonić.


