Osiem lat. Tyle Unia Europejska i Australia potrzebowały, żeby uzgodnić wspólną umowę handlową. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i premier Australii Anthony Albanese zaprezentowali porozumienie w Canberze na początku tygodnia, ogłaszając dalekosiężną redukcję ceł, która obejmie ponad 90 procent towarów swobodnie krążących między dwoma kontynentami. Brzmi imponująco – dopóki nie spojrzy się na szczegóły i nie zda sobie sprawy, że Australia odpowiada za zaledwie około jeden procent unijnego handlu i zajmuje dopiero dwudzieste miejsce wśród najważniejszych partnerów handlowych Brukseli.
Mimo to umowa niesie ze sobą konkretne liczby. Według uczestników rozmów porozumienie ma zwiększyć eksport z UE do Australii nawet o jedną trzecią i rozszerzyć inwestycje europejskich firm nawet o osiemdziesiąt procent. Kierunek strategiczny jest jasny i nie ma wiele wspólnego z sentymentem do kangurów – chodzi o surowce, a konkretnie o metale ziem rzadkich, kobalt i lit, czyli zasoby, w których dostępie Europa desperacko próbuje uwolnić się z uścisku Chin.

Surowcowa szachownica i chiński uścisk
Australia ma do zaoferowania bogaty katalog zasobów strategicznych i to właśnie one stanowią prawdziwy rdzeń porozumienia. Z perspektywy niemieckiej gospodarki kontrakt wygląda następująco – sektory kryzysowe takie jak przemysł motoryzacyjny, budowa maszyn i przemysł chemiczny skorzystają na radykalnej obniżce australijskich ceł importowych, a UE zyska dostęp do wydobywanych na antypodach surowców krytycznych. Ceną jest otwarcie europejskiego rynku na australijską wołowinę, choć w ramach kontyngentów – ilości zbyt małe, by wywołać panikę wśród europejskich rolników.
Inaczej niż w przypadku umowy z krajami Mercosuru – Argentyną, Urugwajem, Paragwajem i Brazylią – która ma prowizorycznie wejść w życie w maju i która już spotkała się z zapowiedzią silnego sprzeciwu ze strony Francji i Włoch. Tamten pakt stawia europejskie rolnictwo pod znacznie poważniejszą presją konkurencyjną, ponieważ Ameryka Południowa operuje w zupełnie innych ramach regulacyjnych niż UE.
CYNICZNYM OKIEM: Europa przez lata budowała klimatyczną fortecę regulacji, a teraz odkrywa ze zdumieniem, że zamknęła się w niej sama – bez surowców, bez rezerw i bez planu B.
Przy każdej umowie handlowej sygnowanej przez Unię Europejską Bruksela wplata w światowy handel masowy protekcjonizm klimatyczny. Regulacje nie znikają – w przypadku umów z UE są one w dużej mierze rozszerzane na partnerów handlowych. To, co jedni nazywają ochroną klimatu, inni określają mianem postmodernistycznego kolonializmu klimatycznego. Taka jest jednak koncepcja wolnego handlu w europejskim wydaniu, i Australia musiała ją zaakceptować.
Rezerwy, których Europa nie ma
Umowa z Australią wpisuje się w szerszy kontekst europejskich problemów z bezpieczeństwem dostaw. Kurczące się magazyny gazu, brakujące rezerwy ropy naftowej i rosnąca świadomość zagrożeń – takich jak konsekwencje wojny w Iranie czy zamknięcie Cieśniny Ormuz – wymuszają zmianę myślenia. Konkurenci handlowi tacy jak Chiny czy Stany Zjednoczone posiadają rezerwy surowców i energii zdolne zabezpieczyć dostawy dla swoich gospodarek na ponad rok. Europa takiego bufora nie ma.
Fakt, że europejska polityka pozwoliła sobie niegdyś na luksus przedkładania ideologii klimatycznej i fantazji transformacyjnych nad realne potrzeby, wymusza teraz gorzką cenę – to stwierdzenie, które jeszcze kilka lat temu brzmiałoby jak herezja w brukselskich korytarzach, dziś staje się coraz powszechniejszą diagnozą.
Recepta wydaje się prosta w teorii, lecz niezwykle trudna w realizacji. Łańcuchy dostaw oraz fundamentalne zaopatrzenie w surowce i energię muszą stać się centralnymi tematami europejskiej agendy. Mowa o reintegracji Rosji jako dostawcy gazu, zagospodarowaniu zasobów krajowych – gazu z łupków, gazu z Morza Północnego, rodzimych złóż węgla – oraz o opracowaniu ogólnoeuropejskiej strategii nuklearnej, co zajęłoby wiele lat.
CYNICZNYM OKIEM: Osiem lat negocjacji z Australią o jeden procent handlu. W tym tempie dywersyfikacja od Chin powinna zakończyć się mniej więcej wtedy, gdy słońce pochłonie Ziemię.
Dopóki te rozważania nie zostaną włączone do kompleksowej strategii, australijska umowa handlowa pozostanie działaniem cząstkowym – małym, mało istotnym ruchem na geopolitycznej szachownicy zdominowanej przez duopol Waszyngton-Pekin. Dywersyfikacja jest wszystkim, ale jeden procent to wciąż tylko jeden procent.



