W irackiej prowincji Dijala blisko 5 tysięcy ochotników podpisało deklarację gotowości do obrony Iranu przed ewentualnym uderzeniem Stanów Zjednoczonych. W oświadczeniu ochotnicy zadeklarowali, że będą walczyć „bez wynagrodzenia”, wspierając siły bezpieczeństwa Iraku, Ludowe Siły Mobilizacji (PMF) i samą Islamską Republikę Iranu.
„Stanowczo odrzucamy amerykańską interwencję w Islamskiej Republice Iranu” – napisano w komunikacie, który został publicznie ogłoszony w meczecie, a następnie przekazany dowództwu armii w Bagdadzie.

Milicje szykują „rezerwę na wypadek wojny”
Organizatorem akcji był lider szyickiej Organizacji Badr, Ammar al-Tamimi, który zapowiedział, że pełna lista 4 947 nazwisk zostanie przekazana dowództwu operacyjnemu w Dijali i następnie – naczelnemu dowódcy sił zbrojnych Iraku.
Tamimi podkreślił, że ochotnicy nie należą formalnie do żadnej z milicji, lecz mają być „rezerwą dla sił bezpieczeństwa.” W praktyce jednak większość uczestników rekrutacji jest powiązana z proirańskimi organizacjami, takimi jak Kataib Hezbollah czy Harakat al-Nudżaba, które od tygodni tworzą w Iraku punkty naboru „brygad męczenników.”
W Bagdadzie rozdawane są już broszury wzywające do „gotowości na obronę świętej ziemi Persji.” Tymczasem Waszyngton podnosi ton i ogłasza kolejne sankcje na irański sektor naftowy, obejmujące kilkanaście firm i 14 tankowców.
Region na krawędzi eskalacji
Napędzany wzajemnymi sankcjami i groźbami kryzys USA–Iran ponownie rozgrzewa Bliski Wschód. Amerykańskie lotniskowce, w tym USS Abraham Lincoln, są rozlokowane u wybrzeży Iranu, a dowództwo CENTCOM publikuje filmy pokazujące manewry na Morzu Arabskim.
Z kolei irański generał Mohammad Akraminia deklaruje pełną gotowość armii: „Jeśli to tego chcą Amerykanie, wojna obejmie cały region i wszystkie bazy USA.”
CYNICZNYM OKIEM: W regionie, gdzie każdy ma sojusznika i każdy czuje się zdradzony, wojna to nie kwestia czy, tylko kiedy.
Od czasu obalenia Saddama Husajna w 2003 roku Irak pozostaje polem walki o wpływy między USA, a Iranem. Na jego terytorium wciąż stacjonują tysiące amerykańskich żołnierzy, a jednocześnie znaczna część irackiej klasy politycznej i aparatu bezpieczeństwa jest silnie powiązana z władzami w Teheranie.
Mobilizacja w Dijali pokazuje, że lojalność religijna i polityczna wciąż wygrywa z narodową. Choć Bagdad oficjalnie zachowuje neutralność, tysiące ochotników już dziś deklarują, że w razie amerykańskiego ataku staną ramię w ramię z Iranem.
W praktyce oznacza to, że jedna rakieta wymierzona w Teheran może rozpalić ogień w całym Iraku – kraju, który od lat balansuje na granicy cudzej wojny.


