Wyobrażenie, że człowiek z natury powinien spać osiem godzin, a wszystkiemu winne są lampy, ekrany i pośpiech współczesności, należy do najbardziej zakorzenionych przekonań o przeszłości. Tymczasem dane historyczne malują obraz odwrotny. Tematowi przyjrzał się Kamil Janicki, historyk i autor książek popularyzujących wiedzę o dawnych epokach, który w swoim cyklu Wielka Historia podjął dwa pozornie proste pytania: czy ludzie dawniej naprawdę sypiali dłużej, oraz jak radzili sobie bez budzika. Odpowiedź na pierwsze z nich jest zaskakująca, bo większość mieszkańców zachodniego świata przez niemal całe dzieje chodziła niedospana, przynajmniej według dzisiejszych standardów. Janicki uczciwie dopowiada przy tym, że nauka ostatnio zaczęła kwestionować tezę o niezbędnych ośmiu godzinach snu.
Punktem wyjścia całej opowieści jest dźwięk, który większość ludzi zna aż za dobrze. „Nie pomylę się sugerując, że jest nim konkretnie ten sygnał, który ustawiliście na telefonie jako swój główny budzik” – zauważa historyk, nawiązując do powszechnego przekonania, że kiedyś, zanim pojawiły się budziki i szaleńczy bieg współczesności, musiało być lepiej. Problem w tym, że to przekonanie rozmija się z faktami. Jak tłumaczy Janicki, zwyczajni ludzie sprzed wieków sypiali dużo krócej niż wynosi obecna norma, a więc także krócej niż rzekomo potrzeba dla zachowania zdrowia.
Co mówią badania i źródła historyczne?
Wbrew intuicji nawet brak technologii nie wydłużał snu w sposób, jakiego można by się spodziewać. Pokazują to obserwacje współczesnych społeczeństw nieprzemysłowych, odrzucających technologię i mających ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym.
„Obserwacja między innymi członków ludu Hadza z Tanzanii i Tsimane z Boliwii wykazała, że średnio sypiają oni tylko nieco ponad 6 godzin na dobę” – relacjonuje Janicki.
Co istotne, ludzie ci kładą się spać średnio dopiero jakieś trzy i pół godziny po zmroku, wcale nie bardzo inaczej niż my, mimo braku smartfonów i światła elektrycznego.
Do bardzo podobnych wniosków prowadzą źródła z polskiego kręgu kulturowego. W średniowiecznym Krakowie normą było maksymalnie około sześciu godzin snu według dzisiejszej rachuby. Kto wylegiwał się dłużej, uchodził za lenia i grzesznika.
Kraków nie był przy tym żadnym wyjątkiem, bo reguła wczesnego wstawania obowiązywała wszędzie. W czasach przedindustrialnych do pracy należało wstawać najpóźniej o świcie. Zasada ta utrzymywała się tak długo, jak człowiek był uzależniony od naturalnego światła, czyli zasadniczo do XIX, a nawet początków XX wieku.
Nie znaczy to jednak, że wraz z zachodem słońca wszyscy od razu kładli się spać. Dawni Europejczycy byli przyzwyczajeni do wykonywania znacznej części obowiązków przy bardzo ograniczonym oświetleniu. Co ciekawe, latem, gdy światła było więcej, sypiano nawet mniej niż zimą.
Skalę tego obciążenia dobrze oddaje przykład rzemieślniczy. W średniowiecznym Wrocławiu letni dzień pracy trwał według naszej rachuby od piątej rano do dwudziestej, dwudziestej pierwszej wieczorem. Oznaczało to maksymalnie szesnaście godzin pracy w półmroku domowych wnętrz.
CYNICZNYM OKIEM: Szesnaście godzin harówki i sześć godzin snu, a my tęsknimy za tym złotym wiekiem bez budzika. Dawne wyspanie to mit, który dobrze się sprzedaje zmęczonym – przeszłość nie była sanatorium, tylko nieustanną pobudką o świcie.
Od strażnika ognia do koguta zamkniętego w sieni
Skoro pobudka była obowiązkiem, ludzie musieli sobie radzić rozmaitymi sposobami. W miastach od wczesnego średniowiecza rolę budzika pełniła dzwonnica kościoła farnego. Ponieważ jednak dzwony biły także w dzień i można się było do nich przyzwyczaić, sięgano po dodatkowe środki, w tym po strażników nocnych budzących mieszkańców najbliższych domów.
Częstym rozwiązaniem było wyznaczanie jednej osoby do czuwania. W większym domostwie służący lub czeladnik miał spać z jednym okiem otwartym, pilnując ognia w palenisku i pory pobudki. Podobnie w klasztorach jeden mnich czuwał, by obudzić pozostałych, choć zawsze zdawano sobie sprawę z zawodności tej metody.
Niebezpieczeństwo było realne, bo senność budziciela pociągała poważne konsekwencje. Jeśli zaspał, skutkowało to grzechem całej wspólnoty. Dlatego, jak przytacza Janicki, kościelne zapiski z XIII wieku zalecały mnichom, „by zawsze nastawiali zegar, a konkretnie alarm w zegarze, bo tylko dzięki temu będą mogli spokojnie spać”.
Ze względu na datę nie mógł to być jeszcze zegar mechaniczny, lecz proste urządzenie połączone z zegarem wodnym. Dopiero w XV wieku zegary mechaniczne zaczęły się zmniejszać do rozmiarów skrzynki. Wówczas najzamożniejsi zabierali takie aparaty w podróż.
Świadectwem tego jest list margrabiego Mantui z kampanii zbrojnej z 1479 roku. Skarżył się w nim kardynałowi, że zepsuł mu się otrzymany zegar i że trudniej mu przez to wstawać punktualnie. Usilnie prosił o nowy egzemplarz, najlepiej z alarmem dźwiękowym, ale ostatecznie jakikolwiek.
Dostęp do tego wynalazku pozostawał jednak przywilejem. Zwyczajni ludzie nawet w bliskich nam czasach nie mieli zegarów. Gdy w XVIII wieku w Anglii uruchamiano pierwsze fabryki, zatrudniały one budzicieli obchodzących domy robotników przed świtem.
Najskuteczniejszym i najpowszechniejszym budzikiem przez niemal całą historię Europy okazał się jednak kogut. Wozili go ze sobą szeregowi żołnierze, trzymano go przy miejskich domach, a w wiejskich zagrodach był wręcz obowiązkowy. O praktyce korzystania z niego na polskiej wsi szczegółowo pisał Jan Słomka, galicyjski gospodarz, wójt i pamiętnikarz z przełomu XIX i XX wieku.
Słomka wyjaśniał, że w czasach bez zegarów „w każdym domu musiał być za to kogut”, który „głośnym pianiem oznajmiał czas do wstawania”. Co istotne, ptaka nie trzymano wtedy w oddalonej oborze. Dla pewności zamykano go na noc w sieni, tuż za ścianą izby, gdzie spała rodzina, by jego odgłosów nie dało się przegapić.
W praktyce oznaczało to, że chłop budził się przynajmniej trzykrotnie każdej nocy. Słomka pisał, że koguty piały z nadzwyczajną regularnością: o północy, około drugiej i koło czwartej. Ten ostatni sygnał oznaczał, że koniecznie trzeba już wstawać.
Regularność ta nie była jednak absolutna ani wszędzie opisywana tak samo. Kazimierz Moszyński, który zgromadził dane z całej Słowiańszczyzny, podawał, że drugie pianie rozlegało się między pierwszą a trzecią, a trzecie między trzecią a piątą. Precyzja ptaków zawodziła zwłaszcza podczas burz, a pianie o niewłaściwej porze zwiastować miało pożar lub śmierć.
CYNICZNYM OKIEM: Najskuteczniejszym budzikiem tysiąclecia okazał się ptak zamknięty pod drzwiami sypialni, pejący trzy razy w nocy. Wysypianie się było luksusem nieosiągalnym nawet bez technologii – winowajcą nie był ekran, tylko sam świt.
Czuwanie nad właściwą porą spadało zwykle na gospodynię, która budziła domowników za drugim, najpóźniej trzecim pianiem. Wymagało to lekkiego snu i przytomności, o którą nocą nie było łatwo. Zdarzało się więc, że zbudzeni chłopi nie potrafili rozpoznać, które to pianie.
W razie wątpliwości pozostawał tylko jeden sposób. Należało wyjść przed chatę i spojrzeć w gwiazdy, których położenie bezbłędnie wskazywało, ile zostało do brzasku. Sam Słomka przyznawał, że „uprzykrzyło mu się to wychodzenie w zimie na dwór i śledzenie po gwiazdach jak prędko wstać”, więc około 1870 roku kupił do domu zegar.
Zakup ten dokonał się jednak w absolutnej tajemnicy przed sąsiadami. Choć zegary istniały od dawna, wśród chłopów uchodziły niezmiennie za pańską fanaberię i zamach na tradycję. Ten drobny szczegół najlepiej pokazuje, że bariera w dostępie do wysypiania się bywała równie kulturowa, co technologiczna, a tęsknota za rzekomo lepszym dawnym snem opiera się na micie, który historia konsekwentnie obala.



