Podczas rozmowy z dziennikarzami Donald Trump ponownie zaatakował władze Minnesoty, oskarżając lokalnych polityków o utrudnianie działań służb imigracyjnych ICE oraz o „systemowe oszustwa wyborcze” związane z głosami pochodzącymi ze społeczności somalijskiej. Były prezydent stwierdził, że mimo oporu gubernatora Tima Walza i burmistrza Minneapolis Jacoba Freya, agencja ICE „zdołała znacząco zmniejszyć liczbę nielegalnych imigrantów w stanie”.
Według Trumpa powód, dla którego lokalni politycy sprzeciwiają się federalnym deportacjom, jest prosty: głosy. „Oni chcą utrzymać tych ludzi w Minnesocie, bo wiedzą, że zagłosują tak, jak im każą” – powiedział.
Głosowanie w blokach i zarzuty o „somalijski kartel wyborczy”
Trump posunął się dalej, twierdząc, że minnesockie wybory są „całkowicie skorumpowane” i że w 2024 roku został pozbawiony zwycięstwa „na rzecz zorganizowanych grup głosujących jak jeden elektorat”. „Somalijczycy głosują razem, nawet jeśli nie są obywatelami. I nagle masz 600 tysięcy głosów przeciwko sobie” – stwierdził były prezydent.
To kontrowersyjne oskarżenie odwołuje się do rozmowy Nicka Shirley’ego z dziennikarzem Davidem Hochem, która krąży w prawicowych mediach. Hoch twierdzi, że był świadkiem „hurtowego zbierania kart wyborczych” (ballot harvesting) w kompleksach mieszkaniowych zamieszkanych przez Somalijczyków. Jego zdaniem jedna osoba potrafiła zebrać wszystkie głosy z danego budynku i przekazać je „na konkretnego kandydata”.
Według relacji, nie ma mechanizmów weryfikacji, kto rzeczywiście uprawniony jest do głosowania, a lokalni sędziowie rzekomo „boją się somalijskiej mafii”, która potrafi wymusić decyzje pod groźbą utraty politycznego poparcia. Hoch szacuje, że w proces może być zaangażowanych „ponad 100 tysięcy osób.”
CYNICZNYM OKIEM: Demokracja w Minnesocie przypomina serial – z tą różnicą, że scenariusz piszą anonimowe źródła z osiedla.
Minnesota jako poligon politycznej wojny
Trump stwierdził, że „wygrał Minnesotę trzy razy”, choć od czasów Nixona żaden republikanin nie zdobył tam prezydentury. W jego wizji stan ten stał się symbolem nieuczciwych praktyk wyborczych, napędzanych – jak twierdzi – przez „etniczne lobby” i „sędziów ulegających presji mafii”.

Choć żadne niezależne źródła nie potwierdziły zarzutów o masowe oszustwa, te narracje trafiają na podatny grunt wśród zwolenników Trumpa, dla których Minnesota to przykład rzekomego „systemu nie do wygrania”.
Jeśli jednak coś jest prawdą, to tylko to, że Minnesota stała się barometrem podzielonej Ameryki – kraju, w którym nawet nad urną wyborczą toczy się wojna o to, kto naprawdę ma prawo decydować, kto jest „prawdziwym obywatelem”, a kto tylko użytecznym głosem.


