Piątkowy wieczór, rynki zamknięte, Ameryka szykuje się do weekendu. Idealny moment, żeby ogłosić światu, że właśnie zbombardowało się jedno z najważniejszych miejsc na energetycznej mapie planety. Prezydent Trump poinformował, że Centralne Dowództwo USA przeprowadziło potężny nalot na wyspę Chark – pięciomilowy skrawek lądu, przez który przepływa ponad 90% irańskiego eksportu ropy naftowej. Co najmniej 15 eksplozji wstrząsnęło wyspą, niszcząc systemy obrony powietrznej, bazę marynarki wojennej, wieżę kontrolną lotniska i hangar helikopterów Irańskiej Państwowej Firmy Naftowej.

Trump zapewnił, że atak był wymierzony wyłącznie w cele wojskowe. „Nasza broń jest najpotężniejsza i najnowocześniejsza, jaką kiedykolwiek znał świat, ale ze względu na przyzwoitość zdecydowałem się NIE niszczyć infrastruktury naftowej na wyspie” – napisał, dodając w tym samym zdaniu groźbę, że jeśli Iran będzie blokował cieśninę Ormuz, ta przyzwoitość może szybko się skończyć. Trudno o bardziej wymowne zestawienie słów – przyzwoitość i ultimatum w jednym komunikacie.

Autor poleca: Wyspa Chark – irański kran z ropą, który USA chcą zakręcić
CYNICZNYM OKIEM: Ogłaszanie bombardowania po zamknięciu giełd to nie strategia wojskowa, to zarządzanie portfelem inwestycyjnym. Rynki dostały 48 godzin na przetrawienie wiadomości, bo najwyraźniej spokój Wall Street jest równie ważny co bezpieczeństwo regionu.
Czerwona linia, która właśnie się zamazała
Iran od dawna ostrzegał, że atak na wyspę Chark oznacza przekroczenie czerwonej linii. Nie jakiejkolwiek linii – tej, po której Teheran obiecywał uderzyć w infrastrukturę energetyczną wzdłuż całej Zatoki Perskiej. Sojusznicy USA w regionie, którzy siedzą na własnych gigantycznych złożach ropy i gazu, mają teraz wszelkie powody do nieprzespanych nocy. Pytanie nie brzmi już, czy Iran odpowie, ale jak bardzo ta odpowiedź dotknie tych, którzy z wojną nie mają nic wspólnego.
Biorąc pod uwagę, że Teheran najwyraźniej dąży do narzucenia kosztów tak druzgocących, by odstraszały od przyszłych ataków, niewiele wskazuje na to, żeby irańskie władze miały w najbliższym czasie ogłosić odwołanie zagrożenia w cieśninie. Administracja Trumpa zdaje sobie z tego sprawę – sekretarz obrony Pete Hegseth zatwierdził rozmieszczenie ekspedycyjnej jednostki piechoty morskiej liczącej około 5000 żołnierzy na kilku okrętach. Wcześniej tego samego dnia Trump zapowiedział, że marynarka wojenna „wkrótce, bardzo wkrótce” zacznie eskortować tankowce przez cieśninę Ormuz.
Strategia Białego Domu jest czytelna jak otwarta książka. Analityk Jim Bianco porównał ją do desperackiego zagrania w futbolu amerykańskim – podania typu „Zdrowaś Mario”, gdy na zegarze nie zostaje już czasu. Rynki ropy i światowa gospodarka nie mogą czekać tygodniami ani miesiącami na otwarcie cieśniny siłą. Doradcy polityczni najwyraźniej kalkulują, że jeśli ceny ropy i tak mają poszybować do 200 dolarów za baryłkę, to lepiej niech to się stanie teraz – sześć miesięcy przed wyborami uzupełniającymi zostaje na ich obniżenie.
CYNICZNYM OKIEM: Iran grozi, Ameryka bombarduje, a rachunek i tak zapłacą kierowcy na stacjach benzynowych od Warszawy po Tokio.
Gambit bez planu B
Wyspa Chark leży zaledwie 15-20 mil od irańskiego lądu, który – jak podkreślają analitycy – roi się od dronów, pocisków manewrujących i uzbrojonych motorówek. Administracja rozważała nawet fizyczne zajęcie wyspy, ale perspektywa wysokich strat w ludziach najwyraźniej schłodziła te zapędy.
Zamiast tego wybrano wariant, który Trump nazwał „jednym z najpotężniejszych nalotów bombowych w historii Bliskiego Wschodu”. Iran ze swojej strony nie siedział bezczynnie – wznowił eksport ropy przez terminal Jask w Zatoce Omańskiej, omijając cieśninę Ormuz i budując sobie minimalną polisę ubezpieczeniową na wypadek eskalacji.
Tymczasem Trump opublikował wpis, w którym oznajmił, że irańskie plany przejęcia całego Bliskiego Wschodu i unicestwienia Izraela „są już martwe”. Wielkie litery, wykrzyknik, ton zwycięzcy. Problem w tym, że druga strona konfliktu najwyraźniej nie otrzymała tego samego scenariusza i nie zamierza odgrywać roli pokonanego.
Oczy całego świata zwrócone są teraz na Teheran i pytanie, czy irańscy przywódcy potraktują ten atak – oficjalnie ograniczony do celów wojskowych – jako mieszczący się jeszcze w jakichkolwiek granicach, czy też roje dronów i salwy pocisków balistycznych wkrótce skierują się w stronę aktywów energetycznych w całym regionie, wysyłając ceny ropy i gazu na orbitę.



