Prezydent Donald Trump spędził weekend na wykonywaniu geopolitycznego szpagatu, który przejdzie do podręczników dyplomatycznej schizofrenii. Z jednej strony ogłaszał kampanię przeciwko Iranowi jako decydujące zwycięstwo militarne, z drugiej – gorączkowo montował koalicję morską do przełamania blokady Cieśniny Hormuz, błagając przy tym inne kraje o wsparcie. „Jeśli o mnie chodzi, zasadniczo pokonaliśmy Iran” – oświadczył na pokładzie Air Force One. „Bardzo chcą negocjować, i słusznie, ale nie sądzę, by byli gotowi zrobić to, co muszą… Dokończymy robotę”. Problem w tym, że druga strona nie tylko nie czuje się pokonana, ale kategorycznie odmawia jakichkolwiek rozmów.
Irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi odrzucił w poniedziałek wszelkie wezwania do zawieszenia broni, stawiając sprawę z brutalną jasnością. „Powodem, dla którego mówimy, że nie chcemy zawieszenia broni, nie jest to, że dążymy do wojny, ale to, że tym razem ta wojna musi zakończyć się w taki sposób, aby nasi wrogowie już nigdy nie pomyśleli o powtórzeniu tych ataków” – powiedział na konferencji prasowej. Zaprzeczył również doniesieniom o tajnych negocjacjach: „Nie wysłaliśmy żadnych wiadomości i nie prosimy o zawieszenie broni”.
Europa mówi „nie” – NATO w rozsypce
Trump forsuje plany wysłania sojuszniczych okrętów NATO do Cieśniny Hormuz. Według amerykańskich urzędników cytowanych przez Wall Street Journal, ogłoszenie koalicji miało nastąpić jeszcze w tym tygodniu – nie jest jednak jasne, czy patrole rozpoczęłyby się natychmiast, czy dopiero po wygaśnięciu działań wojennych. Różnica fundamentalna, a mimo to traktowana jak detal techniczny.
Prezydent przekazał europejskim liderom, że NATO może czekać „bardzo zła” przyszłość, jeśli nie pomogą w odblokowaniu cieśniny. Europa odpowiedziała serią odmów.

Rzecznik niemieckiego rządu oświadczył wprost, że wojna w Iranie nie ma nic wspólnego z NATO. „Tak długo, jak ta wojna trwa, nie będzie żadnego udziału, nawet w wysiłkach zmierzających do utrzymania otwartej Cieśniny Hormuz za pomocą środków wojskowych” – powiedział.
Grecja również wykluczyła zaangażowanie w jakiekolwiek operacje wojskowe w cieśninie. Włochy zadeklarowały brak udziału jeszcze wcześniej. Paradoks sytuacji polega na tym, że Iran graniczy z dwoma krajami – Irakiem i Afganistanem – które przez ponad dwie dekady były przedmiotem wojny i okupacji pod przewodnictwem USA. Europa najwyraźniej wyciągnęła z tego lekcję, której Waszyngton wciąż nie odrobił.
CYNICZNYM OKIEM: Trump grozi sojusznikom „bardzo złą przyszłością” NATO, jeśli nie dołączą do wojny, której nikt nie chciał, w cieśninie, którą sam pomógł zablokować. To jak podpalenie domu i żądanie od sąsiadów, żeby przynieśli wodę.
Wyspa Chark – opcja nuklearna dla rynków ropy
Równolegle z dyplomatycznym fiaskiem koalicyjnym Biały Dom rozważa znacznie bardziej agresywną opcję. Według serwisu Axios, administracja analizuje możliwość zajęcia głównego irańskiego węzła eksportu ropy na wyspie Chark. Większość wyspy była celem ciężkich amerykańskich bombardowań od nocy z piątku na sobotę, ale terminale naftowe i kluczowa infrastruktura eksportowa pozostały nienaruszone.
Bezpośrednie zajęcie wyspy wymagałoby obecności amerykańskich żołnierzy na lądzie. Spekuluje się, że właśnie temu mają służyć wielotysięczne Morskie Siły Ekspedycyjne stacjonujące w regionie.
Tymczasem Iran kontynuuje uderzenia w infrastrukturę energetyczną Zatoki Perskiej. Arabia Saudyjska podała, że od północy przechwyciła 61 dronów nad swoim terytorium. Loty na międzynarodowym lotnisku w Dubaju zostały zawieszone po tym, jak irański dron spowodował zapłon zbiornika paliwa – kolejny cios w cywilną infrastrukturę regionu. Fudżajra również została ponownie zaatakowana.
Izraelska armia oświadczyła w poniedziałek, że rozpoczęła falę uderzeń na szeroką skalę wymierzoną w infrastrukturę jednocześnie w trzech irańskich miastach – Teheranie, Szirazie i Tebryzie. Zapowiedziała kontynuowanie ataków „tak długo, jak będzie to potrzebne”.
Izrael sam jednak zmaga się z bezprecedensowym bombardowaniem. Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że od początku wojny co najmniej 3369 osób zostało rannych, a zginęło co najmniej kilkanaście – choć prawdziwe liczby mogą być znacznie wyższe ze względu na cenzurę wojskową.
CYNICZNYM OKIEM: Trzeci tydzień „szybkiej operacji” i jedyne, co rośnie szybciej niż liczba ofiar, to lista krajów odmawiających udziału w ratowaniu sytuacji.
Bilans ofiar rośnie – wojna rozlewa się na cały region
Tureckie media opublikowały w niedzielę zestawienie ofiar, które pokazuje skalę konfliktu wykraczającą daleko poza Iran i Izrael. Po stronie irańskiej zginęło co najmniej 1270-1332 osób – rozbieżność między danymi mediów państwowych, a ambasadorem Iranu przy ONZ nie została wyjaśniona. W Libanie izraelskie ataki zabiły co najmniej 850 osób, w tym 98 dzieci według Światowej Organizacji Zdrowia.
W Iraku zginęło co najmniej 30 osób. Stany Zjednoczone straciły trzynastu żołnierzy – sześciu w katastrofie samolotu cysterny nad Irakiem i siedmiu poległych w akcji.
Zjednoczone Emiraty Arabskie zgłosiły sześć ofiar, Kuwejt – również sześć. W Omanie, który pełnił rolę mediatora między USA, a Iranem, zginęły trzy osoby. Arabia Saudyjska i Bahrajn odnotowały po dwie ofiary śmiertelne. Jeden francuski żołnierz zginął, a sześciu zostało rannych w ataku drona w północnym Iraku, gdzie prowadzili szkolenia antyterrorystyczne. Nawet Syria nie została oszczędzona – cztery osoby zginęły, gdy irańska rakieta uderzyła w budynek w Suwajdzie.
Biały Dom jest rozgniewany nagłówkami o eskalacji wojny w całym regionie. Rosnąca lista ofiar wskazuje jednak, że właśnie to się dzieje – podczas gdy Waszyngton nadal ma trudności ze zdefiniowaniem celów, harmonogramu, a nawet tego, jak miałoby wyglądać „zwycięstwo”. W trzecim tygodniu konfliktu, który miał być szybką operacją, jedyną rzeczą, co do której obie strony wydają się zgodne, jest to, że końca nie widać.


