Donald Trump poinformował we wtorkowym wpisie na Truth Social, że komunistyczna Kuba zwróciła się do Stanów Zjednoczonych z prośbą o pomoc, a Waszyngton zamierza podjąć rozmowy z Hawaną. Prezydent nie sprecyzował jednak, kiedy miałyby się one odbyć ani w jakiej formie. We wpisie nie krył pogardy dla stanu wyspy, pisząc dosłownie: „Żaden Republikanin nigdy nie rozmawiał ze mną o Kubie, która jest państwem upadłym i zmierza tylko w jednym kierunku – na dno! Kuba prosi o pomoc i będziemy rozmawiać!!! Tymczasem ruszam do Chin!”. Wychodząc z Białego Domu w drodze do Pekinu, dorzucił krótko: „Kuba nie radzi sobie dobrze. To upadły naród i będziemy rozmawiać o Kubie w odpowiednim czasie”.
Anonimowy urzędnik Białego Domu sformułował amerykańskie stanowisko jeszcze brutalniej, oświadczając, że „w krótkim czasie upadną, a my będziemy tam, aby im pomóc”. Retoryka ta wpisuje się w konsekwentną linię drugiej kadencji Trumpa, w której Kuba stała się jednym z centralnych celów polityki zagranicznej.

Sankcje, blokada naftowa i schwytanie Maduro
Administracja Trumpa nałożyła na Hawanę kolejne tury sankcji, mających zdusić kierownictwo wyspy i zmusić je do negocjacji. Część tych restrykcji ogłosił 7 maja sekretarz stanu Marco Rubio, sam mający kubańskie korzenie. Wcześniej, 1 maja, prezydent podpisał rozporządzenie rozszerzające sankcje na osoby fizyczne, podmioty i firmy powiązane z reżimem oraz na każdego współwinnego korupcji i łamania praw człowieka.
W dokumencie napisano, że polityka Kuby „stanowi nietypowe i nadzwyczajne zagrożenie”, a jej działania są „nie tylko zaprojektowane tak, by szkodzić Stanom Zjednoczonym, ale są również odrażające z punktu widzenia wartości moralnych i politycznych wolnych i demokratycznych społeczeństw”. Język rozporządzenia jest wyjątkowo ostry nawet jak na standardy obecnej administracji.
CYNICZNYM OKIEM: Waszyngton najpierw dusi wyspę sankcjami i odcina jej tlen energetyczny, by potem wielkodusznie zaoferować „pomoc”, gdy ofiara już ledwo dyszy. To nie dyplomacja, to oferta nie do odrzucenia.
29 stycznia Trump podpisał dekret nakładający cła na każdy kraj dostarczający Kubie ropę naftową, a kilka dni później ogłosił, że Meksyk wstrzyma dostawy surowca na wyspę. Cios był tym dotkliwszy, że w styczniu amerykańskie wojsko pojmało byłego przywódcę Wenezueli Nicolása Maduro, wieloletniego sojusznika Hawany i głównego dostawcę kubańskiej ropy.
Codzienność wyspy i marzenie o „przyjaznym przejęciu”
Efekty są dla mieszkańców namacalne: przerwy w dostawach prądu, niedobory i racjonowanie paliwa stały się elementem codziennego życia. Pewną ulgę przyniosło zezwolenie na rozładunek 730 000 baryłek ropy dostarczonych pod rosyjską banderą 31 marca, ale ten zapas wystarczył na mniej niż dziesięć dni.
Amerykanie kubańskiego pochodzenia, w tym córka Fidela Castro, ostro potępili komunistyczny rząd i wezwali prezydenta do zajęcia się sprawą wyspy. Trump nie ukrywa apetytu, mówiąc wprost o „przyjaznym przejęciu” lub interwencji wojskowej.
W marcu prezydent oznajmił dziennikarzom: „To wielki zaszczyt, zdobycie Kuby w jakiejś formie. Zdobycie Kuby. Mam na myśli, że niezależnie od tego, czy ją wyzwolę, czy zdobędę, myślę, że mogę z nią zrobić wszystko, co zechcę”. Słowa o „zdobyciu” padły z ust urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Tłem całej sprawy jest podróż Trumpa do Chin, gdzie w dniach 13–15 marca spotka się z Xi Jinpingiem podczas pierwszej prezydenckiej wizyty w tym kraju od 2017 roku. Pekin wezwał Waszyngton do zakończenia blokady naftowej i zniesienia sankcji wobec Hawany. Sam Trump przed odlotem ograniczył się do lakonicznego: „Będziemy mieli bardzo dobre spotkanie”.



