Donald Trump wraca do starej roli: mężczyzny, który nie pyta o zgodę, tylko strzela, a później dopisuje uzasadnienie. Podczas poniedziałkowej konferencji w Gabinecie Owalnym zasugerował, że „dla niego w porządku” byłyby naloty wojskowe USA na terytorium Meksyku i Kolumbii. I nie chodziło o metaforę, lecz o prawdziwe drony, bomby i Pentagon w akcji.
„Nie jestem zadowolony z Meksyku,” powiedział, a ton jego głosu sugerował, że to zdanie jest wstępem do nowej odsłony wojny z narkotykami – tej, w której granice państw przestają być problemem, jeśli chodzi o obronę „amerykańskiego interesu”.
CYNICZNYM OKIEM: Trump jest jak szeryf z westernu, któremu znudziła się własna granica – więc postanawia zaprowadzić porządek w cudzym miasteczku.
Ameryka w trybie „wojna z narkotykami 2.0”
Administracja Trumpa już od miesięcy prowadzi ataki na rzekome łodzie narkotykowe u wybrzeży Wenezueli. Zginęło około 80 osób, a ponad 20 jednostek uznano za „cele terrorystyczne”. Teraz prezydent zapowiada chęć rozszerzenia tej operacji: „Chcemy po prostu zabić ludzi, którzy przemycają narkotyki. Dobrze? Zabijemy ich. Będą martwi.”
Wypowiedź, która dla dyplomatów była szokiem, dla jego zwolenników brzmi jak manifest: szybka sprawiedliwość, bez biurokracji, bez cienia wątpliwości.
Sekretarz stanu już wcześniej uznał sześć meksykańskich karteli, gang Tren de Aragua z Wenezueli oraz MS-13 za zagraniczne organizacje terrorystyczne. Status ten daje prawne narzędzie do prowadzenia zagranicznych operacji wojskowych – bez konieczności oficjalnej deklaracji wojny. W praktyce oznacza to, że Ameryka może bombardować kartele tak samo, jak kiedyś bombardowała Al-Kaidę.
Trump, w typowym dla siebie stylu, dodał jeszcze jeden akapit do doktryny prewencji: „Czy obaliłbym fabryki kokainy w Kolumbii? Tak. Byłbym z tego dumny. Ratujemy w ten sposób miliony istnień.”
Słowa te wypowiedział w momencie, gdy kolumbijski prezydent i jego rodzina zostali właśnie objęci amerykańskimi sankcjami. Dla Bogoty brzmi to więc nie jak współpraca, lecz jak zapowiedź militarnego pobicia połączonego z moralnym wykładem.
Stany Zjednoczone od dekad finansują i wspierają operacje przeciw kartelom w Ameryce Południowej, ale nigdy nie posunęły się do bezpośrednich nalotów na terytorium sojuszników. Trump najwyraźniej jest gotów ten zakaz unieważnić – w imię hasła: „America First, granice drugie.”
Suwerenność? „Dla mnie w porządku”
Na pytanie, czy nie obawia się naruszenia suwerenności sąsiednich państw, Trump odpowiedział: „Dla mnie w porządku.” W ten sposób sprowadził kwestię prawa międzynarodowego do poziomu opinii w mediach społecznościowych.
W praktyce to zapowiedź, że jeśli Kongres się nie zgodzi, on i tak znajdzie sposób. „Nie zamierzam koniecznie prosić o wypowiedzenie wojny.”
To zdanie brzmi jak déjà vu. Historia zna już momenty, gdy amerykańscy prezydenci zaczynali „operacje tymczasowe”, które zamieniały się w kilkuletnie konflikty. Afganistan, Irak, Syria – teraz potencjalnie Meksyk i Kolumbia.
CYNICZNYM OKIEM: Wojna z narkotykami jest dla USA tym, czym reality show dla Trumpa – prostym formatem, w którym zawsze można wrócić.
Trump doskonale wie, że obraz silnego przywódcy to waluta, która nigdy się nie dewaluje. Naloty na kartele to temat, który łączy strach Amerykanów o własne bezpieczeństwo z potrzebą widocznej akcji.
W kraju, gdzie epidemia opioidowa zabija rocznie ponad 100 tysięcy osób, hasło „zniszczymy źródło” brzmi jak katharsis. To nie przypadek, że retoryka „zabijemy ich” pojawia się dokładnie w momencie, gdy Trump umacnia pozycję w przedwyborczych sondażach.
Dla jego elektoratu to gwarancja działania, której brak zarzucał elitom – niekończące się raporty, komisje i dyplomatyczne gesty. Trump tego nie znosi. On woli efekt dźwiękowy – najlepiej eksplozję.
Meksyk i Kolumbia – przyszli „partnerzy pod bombami”?
Dla rządów Meksyku i Kolumbii ta zapowiedź to koszmar w białych rękawiczkach. Otwarty sprzeciw wobec Stanów może oznaczać utratę pomocy finansowej i wojskowej, a zgoda byłaby politycznym samobójstwem.
Tymczasem Trump, wierny swojemu stylowi, nie zostawia im przestrzeni manewru.
– „Skorumpowane kraje nie zrobiły wystarczająco, by rozbić kartele, a my ratujemy w ten sposób miliony istnień” – argumentuje.
To zdanie streszcza całą filozofię jego przywództwa: moralny imperializm ubrany w język ratowania świata.
Gdy moralność ma rakiety powietrze–ziemia
W teorii walka z narkotykami to walka ze złem. W praktyce: każda rakieta, która spadnie na cudze terytorium, przekroczy też granicę polityczną.
Trumpowi to nie przeszkadza. On nie szuka pokoju – szuka skutku. Nie dyplomatycznej równowagi, lecz spektakularnego obrazu siły.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka od dawna używa moralności jako broni, ale Trump jest pierwszym, który mówi wprost: „Tak, będziemy jej używać dosłownie.”
Czy naloty na kartelowe rafy rzeczywiście zatrzymają handel narkotykami? Prawdopodobnie nie. Ale zadziałają politycznie – znów dadzą Amerykanom wrażenie, że ktoś wreszcie robi coś konkretnego.
Trump nie obiecuje pokoju. Promuje wojnę z usprawiedliwieniem.
Bo w nowej wersji doktryny Monroe’a nie chodzi już o to, by trzymać się z dala od spraw Ameryki Łacińskiej. Chodzi o to, by trzymać ją pod celownikiem.


