Na początku marca Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych musiał interweniować, żeby potwierdzić coś, co przez większą część amerykańskiej historii było oczywistością – to rodzice, a nie szkolni biurokraci, są nadrzędnym autorytetem w życiu swoich dzieci. W orzeczeniu w sprawie Mirabelli v. Bonta sąd uznał, że kalifornijskie prawo zakazujące szkołom informowania rodziców o deklarowanej przez dziecko tożsamości płciowej naruszało konstytucyjne prawa rodzicielskie – zarówno prawo do swobodnego wyznawania religii wynikające z Pierwszej Poprawki, jak i prawo do podejmowania decyzji wychowawczych gwarantowane przez Czternastą Poprawkę.
Sprawa jest symptomem znacznie szerszego problemu. W całym kraju rodziny są odsuwane od tego, czego uczą się ich dzieci, odmawia się im dostępu do krytycznych informacji zdrowotnych i osobistych, a możliwość wyboru szkoły odpowiadającej potrzebom dziecka pozostaje fikcją dla milionów Amerykanów przypisanych do placówek wyłącznie na podstawie kodu pocztowego.
Szkoły, które ukrywają i szkoły, które wykluczają
W rosnącej liczbie okręgów szkolnych kontrowersyjne lekcje są wprowadzane bez wiedzy rodziców. Rodzice proszący o wgląd w materiały lekcyjne bywają ignorowani, informowani o ich niedostępności lub kierowani na drogę formalnych wniosków o udostępnienie informacji publicznej. Ci, którzy zabierają głos na spotkaniach rad szkolnych, są traktowani jak agitatorzy – a nawet nazywani „krajowymi terrorystami”.
Problem wykracza jednak daleko poza program nauczania. W ostatnich latach coraz więcej okręgów przyjęło politykę pozwalającą, a nawet zachęcającą uczniów do społecznej tranzycji w szkole – używania innych imion lub zaimków – bez powiadamiania o tym rodziców.
W niektórych przypadkach personel szkolny ma instrukcje, aby celowo ukrywać te informacje przed ojcami i matkami. Taka polityka wbija klin między rodziców, a ich własne dzieci, a rodzice nie mogą wypełniać obowiązku opieki, jeśli kluczowe informacje są przed nimi celowo zatajane.
CYNICZNYM OKIEM: System edukacji, który ukrywa przed rodzicami informacje o ich własnych dzieciach, a potem dziwi się, że rodzice tracą zaufanie. To jak lekarz, który leczy pacjenta w tajemnicy przed jego rodziną i nazywa to „postępową opieką”.
Wybór szkoły jako prawo, nie przywilej
Na szczęście zachodzą zmiany. W całym kraju stany rozszerzają programy wyboru szkoły, które pozwalają, aby fundusze na edukację podążały za uczniem, zamiast pozostawać uwiązane w systemie. Programy stypendialne w szkołach prywatnych, edukacyjne konta oszczędnościowe oraz odpisy podatkowe na stypendia dają rodzinom wolność wyboru ścieżki kształcenia.
Rodzice desperacko chcą opuścić system edukacji publicznej nie z kaprysu – system przestał wypełniać swoją podstawową misję, przestał ich słuchać, a w wielu przypadkach wręcz ich wypchnął.
Orzeczenie w sprawie Mirabelli v. Bonta przywraca pewien porządek. Szkoły powinny działać w sposób przejrzysty, a nie poufny. Rodzice powinni być traktowani jak partnerzy, a nie przeszkody.
Instytucje edukacyjne istnieją po to, by służyć rodzinom, nie by je zastępować. Żaden nauczyciel ani administrator, bez względu na intencje, nie powinien zastępować roli rodziców, którzy wychowują swoje dzieci, znają je od urodzenia i będą częścią ich życia długo po zakończeniu roku szkolnego.
CYNICZNYM OKIEM: Potrzeba było orzeczenia Sądu Najwyższego, żeby przypomnieć, że rodzice mają prawo wiedzieć, co dzieje się z ich dziećmi w szkole. Następnym krokiem będzie chyba wyrok potwierdzający, że woda jest mokra – na wszelki wypadek.
Wykluczanie rodziców niszczy zaufanie, pozbawia szkoły odpowiedzialności i ostatecznie szkodzi samym dzieciom. Jeśli Ameryce nie uda się obronić zasady, że rodziny – a nie instytucje rządowe – są fundamentem społeczeństwa, ryzykuje wychowanie pokolenia z mniejszym wsparciem rodziców, mniejszą odpowiedzialnością szkół i mniejszymi szansami na sukces. Decyzja Sądu Najwyższego jest krokiem we właściwym kierunku, ale dopiero pierwszym z wielu, jakie będą potrzebne.



