Thomas Massie – konserwatywny, libertariański i z zasady niepoprawny politycznie poseł z Kentucky – postanowił wstrząsnąć czymś, co przez dekady wydawało się nietykalne: członkostwem USA w NATO. Jego projekt ustawy, wspierany przez senatora Mike’a Lee, to nie tylko akt politycznego nonkonformizmu, lecz manifest ideowy – wezwanie do zrzucenia z siebie ciężaru bycia „policjantem świata”.
W praktyce chodzi o jedno: zakończyć amerykański protektorat nad Europą, która – zdaniem Massiego – zbyt długo żyła w złudzeniu, że Atlantyk jest ciepłą kołdrą z nieograniczonych dolarów Waszyngtonu. Dla polityków takich jak on NATO to już dawno nie wspólnota obronna, lecz kosztowny klub, którego złote karty opłacają amerykańscy podatnicy.
Autor poleca: Donald Trump to „tatuś” NATO. Wymusił miliardy na obronność
Relikt zimnej wojny na kroplówce dolarów
Massie na platformie X napisał to, co wielu myśli, ale niewielu odważa się powiedzieć: „NATO to relikt zimnej wojny”. I trudno z nim polemizować, jeśli spojrzeć na genezę sojuszu – organizacji powołanej do życia, by powstrzymać Związek Radziecki, którego już przecież nie ma. Ale jak to zwykle bywa w polityce, instytucje umierają najtrudniej. Zwłaszcza te, które mają własny budżet, strukturę biurokratyczną i ideologiczną mitologię.
Projekt ustawy HR 6508 mówi jasno: koniec finansowania cudzej obrony, koniec gwarancji dla bogatych, ale biernych sojuszników. Massie nie widzi powodów, by farmerzy z Kentucky sponsorowali generałów w Brukseli, gdy – jak twierdzi – amerykańska granica południowa ginie pod falą imigracji.
CYNICZNYM OKIEM: Trudno oprzeć się wrażeniu, że ten anty-NATO-wski zryw to mniej wyraz idealizmu, a bardziej taktowne mrugnięcie okiem w stronę Donalda Trumpa. Bo przecież od czasów jego pierwszej kadencji mantra „niech płacą za siebie” była jednym z ulubionych refrenów republikańskiego teatru. Teraz, gdy Europa drży przed widmem Putina, Amerykanie mogą zagrać w dawną grę – „zapłać lub giń”.
Ironia współczesnego bezpieczeństwa
Podobnie jak w komedii, w której aktorzy zapomnieli, że scena już dawno się zmieniła, NATO wciąż odgrywa stare role – choć świat poszedł w inną stronę. Art. 13 Traktatu Północnoatlantyckiego, na który powołuje się ustawa, to przepis martwy, niemal archeologiczny. Nikt dotąd nie odważył się go ruszyć. A jednak Massie uznał, że czas przewrócić kartę historii.
Zgodnie z jego projektem:
- Prezydent powinien formalnie powiadomić NATO o wycofaniu USA.
- Amerykańskie pieniądze nie mogłyby już zasilać wspólnych budżetów sojuszu.
- Europejczycy musieliby wreszcie dorosnąć do własnej obrony.
Ironia jest taka, że tych samych Europejczyków zmusiła do tego dopiero rosyjska inwazja na Ukrainę – ta sama, którą w Waszyngtonie uznaje się za dowód, że NATO wciąż ma sens. A jednak większość kongresmanów zapewne pozostanie wierna starej ortodoksji: lepiej trzymać się przyzwyczajonego strachu niż ryzykować polityczne samobójstwo.
CYNICZNYM OKIEM: Cała ta debata przypomina terapię małżeńską po pięćdziesięciu latach małżeństwa. Jedna strona czuje się wykorzystywana, druga – zaniepokojona niezależnością partnera. USA mówi: „Po co mam płacić za twoje bezpieczeństwo?”, Europa odpowiada: „Bo bez ciebie zginę”. A prawda? Obie strony od dawna wiedzą, że to toksyczny związek, ale wygodny.
Kalkulacja bez emocji. Słowo, które straszy
Czy ustawa Massiego ma szansę przejść? Praktycznie żadnych. W Kongresie dominują poglądy, które od dekad wspierają sojusz i utrzymują jego sakralny status. Ale to nie znaczy, że dyskusja nie jest potrzebna. Bo choć „relikt zimnej wojny” brzmi jak retoryczna przesada, jest w niej nuta prawdy: świat się zmienił, a NATO wciąż udaje, że walczy z duchem Stalina.
Tymczasem Europa – pod presją Trumpa i realnego zagrożenia – obiecuje wydawać aż 5% PKB na obronę. Jeszcze niedawno byłoby to nie do pomyślenia. Dziś przywódcy, którzy kiedyś śmiali się z tej propozycji, przytakują z powagą. Bo tak łatwiej niż przyznać, że cały system przez lata opierał się na amerykańskim protekcjonizmie.
„Ekspansjonizm” – termin, który jeszcze kilka lat temu wywoływał uśmiech politowania, wrócił na salony. Moskwa zaprzecza, Zachód się boi, a NATO kwitnie w atmosferze paniki. I może właśnie to kryje największą ironię – sojusz, który miał strzec pokoju, żyje dzięki wojnie, bo tylko ona uzasadnia jego istnienie.
Ameryka więc się waha. Jedną ręką podpisuje czeki, drugą gładzi po ramieniu wiecznie zaniepokojoną Europę. Ale gdzieś w tle słychać już głos, który rośnie: „To nie nasza wojna. To nie nasz problem.”
A jeśli kiedyś ten głos stanie się głośniejszy od europejskiego płaczu, relikt zimnej wojny rzeczywiście może wreszcie umrzeć – w ciszy, bez fanfar, bez sojuszniczych toastów.


