15 listopada ponad 50 meksykańskich miast ogarnęły gwałtowne protesty, z medialnym obrazem „odważnej generacji Z walczącej z kartelami i skorumpowanym rządem”. Niewielu jednak zauważyło, że spośród co najmniej 120 rannych aż ok. 100 to funkcjonariusze policji, a nie „uciśnieni obywatele rozstrzeliwani przez reżim”
Ulica krzyczy: „chcemy obalić prezydent!”
Zachodnie media jak na komendę przyjęły prostą narrację: młodzi Meksykanie mają dość karteli, korupcji i rzekomych powiązań rządu z narkobiznesem.
„Celem tego marszu jest usunięcie prezydent i pokazanie, że jesteśmy źli, że ludzie nie popierają jej” – cytował jednego z demonstrantów New York Times.
Problem w tym, że ta narracja nie klei się z liczbami. Prezydent Claudia Sheinbaum kończy pierwszy rok urzędowania z poparciem na poziomie 70–80%, przewyższającym zarówno swoich poprzedników, jak i większość liderów Zachodu, którym 40% wydaje się marzeniem z innej planety.
Innymi słowy: ktoś próbuje sprzedać światu obraz „znienawidzonej prezydent”, której społeczeństwo w rzeczywistości w ogromnej większości ufa.
Sheinbaum odpowiedziała ostro: protesty są „nieorganiczne”, „finansowane” i „promowane z zagranicy przeciwko rządowi”.
I nie są to czcze oskarżenia.
Po pierwsze, kluczowy lokalny wzmacniacz narracji o „brutalnej policji” to redakcja Animal Político – portal wymieniany wśród partnerów National Democratic Institute (NDI), odnogi National Endowment for Democracy (NED), klasycznej „przykrywki” CIA do eksportu demokracji i zamachu stanu w jednym.
Meksykańskie Milenio opisywało bogate amerykańskie finansowanie tej redakcji. Do tego dochodzi Vicente Fox – były prezydent, laureat „nagrody demokracji NED” z 2001 r., aktywnie wspierający protesty w sieci i na ulicy.
Na scenę wchodzi też jeden z krajowych oligarchów, Ricardo Salinas Pliego, trzeci najbogatszy człowiek w Meksyku. W marcu 2023 r. współtworzył z powiązaną z Zachodem Atlas Network prywatny uniwersytet Universidad de la Libertad, mający „promować wolny rynek i innowacje”. Atlas Network to międzynarodowa sieć libertariańskich think tanków finansowanych przez amerykański biznes i powiązane struktury wywiadowcze, w tym NED.
Jej długotrwałym „beneficjentem” jest m.in. wenezuelskie CEDICE, które odegrało istotną rolę w próbie zamachu stanu przeciw Hugo Chávezowi w kwietniu 2002 r.
Czy to już brzmi znajomo?
CYNICZNYM OKIEM: Nadchodzi wzorzec kolorowej rewolucji 2.0?
Schemat jest tak stary, że można go nauczać w podręcznikach:
- najpierw demonizacja rządu („kartelowa marionetka”, „zdrada demokracji”),
- potem sieć „NGO-sów” i mediów na grantach,
- do tego lokalni oligarchowie i byli prezydenci z nagrodami od zachodnich fundacji,
- następnie masowe protesty młodych – obowiązkowo w imię „wolności” i „walki z korupcją”.
Z czasem wchodzą sankcje, „misje doradcze”, „tajne operacje” i – jeśli opór jest zbyt silny – wojsko oraz drony.
Meksyk wygląda dziś jak podręcznikowy przypadek przygotowywania gruntu pod coś więcej niż tylko uliczną zadymę.
USA przygotowują „nową misję” w Meksyku
Przypadek? Niedługo przed wybuchem zamieszek NBC News ujawniło, że administracja Donalda Trumpa rozważa nową tajną misję wojskowo-wywiadowczą w Meksyku, oficjalnie wymierzoną w kartele narkotykowe.
Założenia:
- dronowe ataki na laboratoria narkotykowe oraz członków i liderów karteli,
- operacje prowadzone przez wojsko USA i agentów wywiadu,
- preferencyjnie przy „koordynacji z rządem Meksyku” – ale, jak zaznaczyło NBC, „urzędnicy nie wykluczają działania bez tej koordynacji”.
Sheinbaum już w kwietniu i ponownie później wyraziła kategoryczny sprzeciw:
„USA nie wejdą do Meksyku z wojskiem. Współpracujemy, ale inwazja nie jest brana pod uwagę, absolutnie nie.”
Problem w tym, że Waszyngton ma inne definicje słów „współpraca” i „suwerenność”.
Meksyk już zrobił „więcej niż trzeba” – to wciąż za mało
Na żądanie USA Sheinbaum:
- wysłała 10 000 żołnierzy na granicę,
- znacząco zwiększyła konfiskaty fentanylu,
- ekstradowała 55 wysokich rangą członków karteli do USA.
Mimo to mówi się w Waszyngtonie o „niewystarczających działaniach” i potrzebie „nowej jakości” operacji – czyli legalizacji amerykańskiego militarnego wejścia.
A jak najlepiej uzasadnić naruszenie cudzej suwerenności?
Pokazać światu chaos, przemoc, brutalne protesty, dodać słowa-klucze: „narkoterroryzm”, „upadłe państwo” – i ogłosić misję „ratowania Meksykanów przed ich własnym rządem”.
W tle – Wenezuela i większa układanka
Nie można zapominać o jeszcze jednym wątku: Wenezueli.
USA od lat usiłują obalić rząd Nicolása Maduro, a w ostatnich miesiącach rosną manewry wojskowe na Karaibach i akcje wymierzone oficjalnie w „narkoterrorystów” z Caracas.
Sheinbaum:
- publicznie kwestionowała narrację Trumpa o rzekomych powiązaniach Maduro z handlem narkotykami,
- wzywała do dialogu,
- potępiała pozaprawne naloty USA na łodzie podejrzane o przemyt, w których ginęli cywile.
Trudno nie zauważyć: niezależny, popularny przywódca Meksyku, który blokuje agresywniejszy kurs wobec Wenezueli, to poważna przeszkoda geopolityczna.
Jeżeli celem jest pełna inwazja na Caracas, logiczne z punktu widzenia „imperialnego planisty” jest:
- osłabić lub usunąć Sheinbaum,
- zdobyć pretekst do stałej obecności militarnej w Meksyku,
- zabezpieczyć tyły i logistykę pod większą operację na południe.
Amerykańskie drony „przeciw narkoterroryzmowi” i kongresowy niesmak
Od września USA prowadzą śmiercionośne ataki z powietrza na łodzie „podejrzane o przemyt narkotyków” – często na wodach terytorialnych Meksyku, z niejasnym statusem prawnym i brakiem pewności co do tego, kto jest ofiarą.
Podczas tajnego, ponadpartyjnego briefingu 30 października kongresmeni obu partii usłyszeli wyjaśnienia administracji. Reakcja:
- Republikanin Mike Turner narzekał na „niezadowalający poziom informacji i wątłe uzasadnienie prawne”.
- Demokratka Sara Jacobs stwierdziła wprost: „Nie jestem przekonana, że to, co powiedzieli, było prawdziwe,” dodając, że strategia wcale nie dotyczy faktycznego ograniczenia przepływu narkotyków, lecz czegoś innego.
Oficjalnie chodzi o kartel. W praktyce – o poszerzenie pola operacji wojskowych i budowę nowej doktryny „narkoterroryzmu” jako uniwersalnego pretekstu.
Sheinbaum naprawdę uderza w kartele. I to może być problem
Paradoks: Sheinbaum robi to, czego Zachód zawsze publicznie żądał – agresywnie rozprawia się z kartelami.
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy:
- rozbito 750 laboratoriów narkotykowych,
- aresztowano blisko 20 000 członków karteli,
- skonfiskowano ponad 140 ton narkotyków,
- wielu baronów zmuszono do ucieczki i poniesienia ogromnych strat.
I – co kluczowe – w dużej mierze bez ścisłej koordynacji z USA.
Tu pojawia się pytanie niewygodne, ale konieczne:
jeśli od dekad, jak pokazują badania Petera Dale’a Scotta, żaden duży kartel nie działa bez jakiejś formy ochrony lub relacji z amerykańskim wywiadem (DFS – CIA, Kartel Guadalajary itd.), to czy przypadkiem Sheinbaum nie narusza interesów struktur, które wolą kontrolowany chaos od realnego zwycięstwa z narkobiznesem?
Wnioski są ponure:
- skuteczny, ale niezależny przywódca walczący z kartelami może być bardziej niebezpieczny dla „głębokiego państwa” niż sam kartel.
- jego sukcesy burzą wygodne uzasadnienia dla bezterminowych „wojen z narkotykami”, które dają pretekst do stałej projekcji siły i obecności wywiadowczej.
CYNICZNYM OKIEM: Czasy kiedy zwycięstwo z przestępczością jest „złym przykładem”
Narracja „nie da się naprawdę wygrać z kartelami, musimy tam być na stałe” jest filarem całego modelu interwencji USA w Ameryce Łacińskiej.
Jeżeli Sheinbaum pokazuje, że można:
- rozbijać laboratoria,
- aresztować tysiące mafiosów,
- robić to samodzielnie, bez amerykańskiej „opieki”,
to obala mit, na którym stoi kilkadziesiąt lat polityki narkotykowej Waszyngtonu. Taki przywódca, z 70–80% poparciem społecznym, jest koszmarem każdego planisty operacji zmiany reżimu.
Czy 15 listopada był początkiem zamachu?
Gwałtowne protesty w ponad 50 miastach, finansowane media, wejście znanych twarzy powiązanych z NED i Atlas Network, fatalna narracja zachodnich mediów, tajnie przygotowywana misja wojskowa USA, rosnące napięcia wokół Wenezueli i otwarte pogróżki Trumpa typu „Meksyk ma wielkie problemy… działania wojskowe, żeby powstrzymać narkotyki, są dla mnie OK” – to wszystko wygląda nie jak zbieg przypadków, ale jak faza przygotowawcza.
Może to być ostrzegawczy strzał. Test, na ile da się rozgrzać ulice. Próba przetestowania lojalności elit, służb i mediów.
Jedno wydaje się jasne:
Sheinbaum stała się nie tylko prezydentem Meksyku, ale przeszkodą w większej geopolitycznej operacji USA w Ameryce Łacińskiej.
I historia ostatnich dekad uczy, że takie przeszkody nie żyją politycznie długo, jeśli nie mają potężnych sojuszników – lub nadzwyczajnego instynktu przetrwania.


