W państwie, które przez dekady uchodziło za wzór równowagi między otwartością, a porządkiem, Szwedzki Urząd ds. Migracji (Migrationsverket) staje się symbolem chaosu, który wymknął się spod kontroli. Zgodnie z doniesieniami portalu Samnytt i relacjami jego pracowników, instytucja odpowiedzialna za decyzje o pobycie cudzoziemców zamieniła się w biuro autonomicznych klanów, gdzie język szwedzki przestał być językiem pracy, a lojalność wobec państwa – podstawowym obowiązkiem.
CYNICZNYM OKIEM: Szwedzi chcieli stworzyć urząd integracyjny. Stworzyli urząd, który sam wymaga integracji.
Urząd, który przestał być szwedzki. Klany, lojalność i „własne sprawy”
Z relacji wieloletnich urzędników wynika, że w strukturach Migrationsverket większość pracowników ma pochodzenie inne niż szwedzkie, a znaczna część – nie posiada nawet szwedzkiego obywatelstwa. Miejsce pracy przypomina tu raczej mapę etniczną Bliskiego Wschodu niż biuro państwowej administracji.
„Kurdowie siedzą z Kurdami, Somalijczycy z Somalijczykami, Syryjczycy z Syryjczykami” – mówi informator cytowany przez Samnytt. Otwarte przestrzenie biurowe, które miały sprzyjać współpracy, stały się laboratorium separacji. W pracy powszechnie używa się języków narodowych, a obowiązkowy użytek szwedzkiego został porzucony wraz z wcześniejszymi próbami reformatorskimi.
Efekt? Pracownicy „nie rozumieją siebie nawzajem” – i to w urzędzie, którego misją jest ocenianie integracji cudzoziemców z kulturą szwedzką. Cyniczna ironia epoki: instytucja mająca scalać społeczeństwo sama ulega dezintegracji.
Funkcjonariusze, którzy zdecydowali się mówić, opisują system powiązań etnicznych i rodzinnych, które wpływają na decyzje urzędowe. Zatrudnieni w agencji imigranci mają pomagać swoim krewnym w uzyskaniu zezwoleń pobytowych, sprowadzeniu rodzin czy przyspieszeniu rozpatrywania wniosków. Działania te – trudne do udowodnienia – tworzą coś na kształt importowanej mentalności klanowej, w której lojalność wobec grupy etnicznej przeważa nad lojalnością wobec instytucji.
Jak relacjonują pracownicy, „klany sprowadzają własnych ludzi, tak jakby urząd był przedłużeniem ich wspólnot.” Ta sytuacja miała przyspieszyć po kryzysie migracyjnym w 2015 roku, kiedy Szwecja przyjęła rekordową liczbę uchodźców – i desperacko zatrudniała każdego, kto mógł tłumaczyć lub rozpatrywać wnioski.
Wtedy to urząd przestał być neutralny, a zaczął przypominać ideologiczny projekt humanitarny, w którym misja „ratowania świata” była ważniejsza od procedur, bezpieczeństwa i prawa.
CYNICZNYM OKIEM: Zasada bezstronności przestała działać w momencie, gdy w formularzu urzędowym szwedzki język stał się mniejszościowy.
Polityczna poprawność zamiast procedur
Ostatnie lata tylko utrwaliły tę kulturę. Z relacji wynika, że 35 proc. zatrudnionych w urzędzie to muzułmanie, a po ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 r. doszło do gwałtownego zaostrzenia nastrojów. W kantynach słyszano „pieśni solidarności”, kobiety zaczęły częściej nosić hijaby, a propalestyńskie hasła przeniosły się wprost do miejsc pracy.
Dla wielu pracowników o szwedzkim pochodzeniu atmosfera stała się nie do zniesienia. „Musimy rozmawiać za zamkniętymi drzwiami. Jeśli ktoś głośno powie, że coś jest nie tak, natychmiast zostaje przeniesiony, odsunięty od decyzji” – mówi jeden z informatorów. Formalnie nikogo się nie zwalnia – związki zawodowe są zbyt silne – ale kariera takiego „niepokornego” urzędnika kończy się w praktyce.
Zasada neutralności urzędniczej, filar szwedzkiego modelu państwa, została tu – jak się wydaje – wyparta przez paralelną biurokrację etniczną. Migrationsverket zatrudnia dziś ponad 6 tysięcy osób. Mimo licznych skandali, system trwa, bo stanowi polityczną strefę ryzyka: żaden rząd nie chce być oskarżony o „rasizm systemowy” za próbę jego zreformowania.
A skandale są realne. W 2024 roku iracki urzędnik agencji został oskarżony o handel pozwoleniami na pobyt – za łapówki miał zarobić setki tysięcy euro. Innym razem urząd zasłynął absurdalnym poradnikiem dla uchodźców, w którym tłumaczono, jak legalnie wracać na wakacje do krajów, z których się „uciekło.”
CYNICZNYM OKIEM: Biurokracja potrafi być tak humanitarna, że zapomina, że ma stosować prawo.
W szwedzkim społeczeństwie wciąż funkcjonuje kult zaufania. Ale ten system – tworzony z myślą o obywatelach – został skolonizowany przez model, który rozumie lojalność inaczej. Urzędnicy zatrudnieni w Migrationsverket niekoniecznie nadużywają władzy – po prostu definiują ją zgodnie z kodem wspólnotowym, w którym pomoc „swoim” nie jest korupcją, lecz obowiązkiem.
Tymczasem strukturalna bezradność instytucji jest już systemowa. Próby reform grzęzną w politycznej poprawności, a wezwania do „większej różnorodności” paradoksalnie cementują sytuację, w której instytucja utraciła narodowy charakter.
Kiedy państwo traci kontrolę
Co ciekawe, nawet sami wieloletni urzędnicy Migrationsverket nie wierzą już w możliwość naprawy. „Zamknąć cały urząd – tego nie da się zmienić” – mówi informator Samnytt. „Jeśli przeniesiesz te same osoby do nowej instytucji, będzie to samo. Tylko nowe struktury i nowi ludzie mogą coś zbudować.”
To gorzki wniosek, szczególnie dla kraju, który jeszcze dekadę temu uchodził za moralny kompas Europy. Szwedzki system migracyjny stał się ofiarą własnych wartości – wiary, że integracja nastąpi sama z siebie, bez granic, filtrów i wymagań.
CYNICZNYM OKIEM: Szwedzki model integracji działa bez zarzutu – tyle że w odwrotnym kierunku. To społeczeństwo uczy się żyć według zasad migrantów, nie odwrotnie.
Migrationsverket to nie tylko biuro – to test szwedzkiego państwa. Jeśli kraj, który zbudował swoje bogactwo na zaufaniu i porządku, nie potrafi utrzymać kontroli nad własnym urzędem migracyjnym, pokazuje światu coś znacznie poważniejszego niż kłopoty z integracją. Pokazuje, że biurokracja może stać się enklawą tożsamościową, a idea równości – narzędziem fragmentacji.
Dla wielu Europejczyków to tylko szwedzki problem. Dla Szwedów – sygnał alarmowy, że państwo, które miało przyjmować obcych, samo zaczyna być obcym w swoim domu.


