Dni, w których wizyta w sklepie spożywczym była przyjemnością, odeszły bezpowrotnie. Obfitość, uśmiechy, pogawędki z nieznajomymi przy półkach – to wspomnienia z epoki, która skończyła się gdzieś między pandemicznymi maseczkami a pierwszymi czekami stymulacyjnymi. Dziś niemal niemożliwe jest wyjście ze sklepu bez poczucia szoku związanego z tym, ile się wydaje, nawet kupując absolutne minimum. Taktyki oszczędzania pieniędzy – wybieranie tańszych miejsc, szukanie zamienników, po prostu jedzenie mniej – zdają się już nie działać.
Zły nastrój podczas zakupów zaczął się rok po rozpoczęciu pandemicznych blokad, kiedy ceny zareagowały na zalew nowo wydrukowanych pieniędzy. Kolejki do kas były pełne gburowatych ludzi w maskach, którzy przestali ze sobą rozmawiać, chyba że po to, by wyrazić szok. Czas częściowo uleczył tę ranę – wszyscy zaczęli wprowadzać zmiany. Mniej jedzenia na mieście, koniec z koktajlami w restauracjach, rezygnacja z luksusowych sklepów na rzecz dyskontów, zakupy hurtowe w klubach. Ocet i soda oczyszczona zamiast markowej chemii, rezygnacja z produktów, których i tak nigdy nie powinniśmy kupować. To działało przez chwilę.

Osiem procent inflacji na żywności i nadzieje, które się nie spełniły
W USA wszystko zdawało się zmierzać ku dobremu po inauguracji w 2025 roku, kiedy wzrosty cen ustały, a inflacja gwałtownie spadła. Ceny z 2019 roku oczywiście nigdy by nie wróciły – dolar stracił około 30 procent wartości w zaledwie pięć lat. Psychologiczne poradzenie sobie z tym nie było łatwe, ale przynajmniej nadchodziły dobre czasy. Można było nadrobić w dochodach i pensjach to, co stracono w sile nabywczej.
Te czasy zdają się kończyć. Truflation, śledzące wzrosty cen w czasie rzeczywistym, ujawnia, że obecnie inflacja towarowa wynosi blisko 4 procent. Usługi i surowce również drożeją, odwracając trend z zeszłego roku.
W ciągu trzech miesięcy inflacja artykułów spożywczych wzrosła o 2 procent – dodatek do 40-procentowego wzrostu od 2019 roku. Dwa procent od stycznia nie brzmią tragicznie, ale po zannualizowaniu i uwzględnieniu efektu składanego ostatecznym rezultatem jest zdumiewająca 8,2-procentowa stopa inflacji w samych cenach żywności. To bardziej pasuje do tego, co widzimy na co dzień przy kasie.
Polacy znają to uczucie aż za dobrze. Choć oficjalna inflacja w Polsce spadła z dwucyfrowych szczytów z 2022-2023 roku, ceny żywności pozostały na dramatycznie podwyższonym poziomie i nie cofnęły się ani o krok. Koszyk zakupowy, który w 2019 roku kosztował 200 złotych, dziś pochłania ponad 300 – i nikt poważny nie obiecuje powrotu do starych cen. Polskie gospodarstwa domowe przeszły identyczną drogę od szoku, przez adaptację, po rezygnację: najpierw Biedronka zamiast Delikatesów, potem gazetki promocyjne jako lektura obowiązkowa, wreszcie rezygnacja z produktów, które jeszcze niedawno były codziennością.
CYNICZNYM OKIEM: Inflacja oficjalnie spadła, więc rząd ogłasza sukces. Że ceny nie spadły razem z nią? To już szczegół techniczny, którym nie warto martwić wyborców przed kolejnymi wyborami.
Burza doskonała – paliwo, cła, wojna i degradacja poziomu życia
Kto jest winien? Gdy słyszymy, że firmy „łupią” ludzi, warto zachować sceptycyzm. Cena jest punktem porozumienia między podażą a popytem – to podstawowa ekonomia. Główną siłą napędową są obecnie wyższe ceny paliw, które dramatycznie zwiększają koszty transportu. Żywność jest na to szczególnie podatna.
Hodowcy przewidują bardzo trudny sezon. Paliwo jest trudne do zdobycia w Australii i Ameryce Łacińskiej, a niektóre kraje już wprowadzają racjonowanie. Ceny nawozów wzrosły do poziomu, na który rolników nie stać. Rynki kontraktów terminowych to rozumieją – spekulacje dotyczące przyszłych cen są dyskontowane do teraźniejszości.
Do tego dochodzą cła, które wypchnęły dystrybutorów na skraj rentowności, oraz ponowna dewaluacja dolara. Inflacja z ostatnich pięciu lat nie została w pełni „wyciśnięta przez tubkę” – i teraz uderza ponownie.
W Polsce nakładają się na to dodatkowe czynniki: odmrażanie cen energii, rosnące koszty pracy, presja płacowa wynikająca z rekordowo niskiego bezrobocia oraz drożejący import. Polska klasa średnia, która w amerykańskim ujęciu i tak była skromna, już drastycznie ograniczyła wydatki. Wyjście do restauracji stało się wydarzeniem kwartalnym zamiast cotygodniowego rytuału. Rachunek za kolację dla dwojga w przyzwoitym lokalu w Warszawie czy Krakowie – 300-400 złotych – to kwota, za którą można zrobić zakupy na cały tydzień.
Współczucie dla restauracji jest uzasadnione po obu stronach Atlantyku. W dobrych czasach ludzie przyzwyczaili się do jedzenia na mieście kilka razy w tygodniu. To już nie jest realne, z wyjątkiem bardzo bogatych. Wiele sieci się zamyka, a w nadchodzących miesiącach zamknie się jeszcze więcej. W Polsce fala zamknięć lokali gastronomicznych trwa nieprzerwanie od 2022 roku – najpierw padały te, które przetrwały pandemię, teraz padają te, które przetrwały inflację.
Ostrzeżenie przed drugą falą inflacji, powtarzającą trajektorię z lat 70., zdaje się materializować. Rozwija się w warunkach „burzy doskonałej”: kontynuacja dewaluacji pieniądza, cła, eksplodujące ceny energii, zerwane łańcuchy dostaw i wojna. Większość ludzi z grupy, którą niegdyś nazywaliśmy klasą średnią, już drastycznie ograniczyła wydatki. Domy są poza zasięgiem. Plany podróży zostały odwołane. Ubezpieczenia zdrowotne zredukowane do minimum.
CYNICZNYM OKIEM: Babcia wekująca warzywa i wycinająca kupony nie była ekscentryczną staruszką – była strategiem przetrwania. Różnica między nią a nami polega na tym, że ona wiedziała, co robi, a my dopiero się uczymy.
Wraz z nową rundą uderzeń w cenach żywności następuje ostatni krok w stronę poważnie zdegradowanego poziomu życia, podczas gdy podwyżki płac są w tej chwili wykluczone. Rozwiązania tych problemów istnieją, ale politycy – zarówno w Waszyngtonie, jak i w Warszawie – zdają się mieć inne priorytety. Jeszcze rok temu można było być optymistą. Dziś wracają wspomnienia wartości, które kształtowały życie pokolenia Wielkiego Kryzysu – oszczędzanie każdego grosza, gotowanie z resztek, planowanie każdego posiłku. Słowa, o których mieliśmy nadzieję, że nigdy nie będą dotyczyć czasów naszego życia. A jednak jesteśmy dokładnie w tym miejscu.



