Sprzedaż samochodów w Europie odnotowała w marcu najsilniejszy miesięczny wzrost od prawie dwóch lat. Rejestracje nowych pojazdów skoczyły o 11% do poziomu 1,58 miliona sztuk, a motorem napędowym okazały się modele w pełni elektryczne i hybrydowe. Bezpośrednim katalizatorem tego przyspieszenia był konflikt na linii USA-Iran, który zakłócił przepływy energii przez cieśninę Ormuz i wywindował ceny benzyny oraz oleju napędowego na europejskich stacjach do poziomów wywołujących zbiorowy szok u kierowców.
Według danych agencji Bloomberg dostawy pojazdów elektrycznych skoczyły o 42%, przy wzrostach odnotowanych na wszystkich głównych rynkach kontynentu. Szczególnie spektakularnie wypadły Niemcy z 66-procentowym wzrostem sprzedaży aut elektrycznych, napędzanym przez dotacje i bardziej przystępne cenowo modele. Marcowy skok przynosi ulgę zmagającym się z trudnościami europejskim producentom, którzy mierzą się z nadwyżką mocy produkcyjnych, amerykańskimi cłami oraz słabym popytem na rynku chińskim.

Chiny zalewają kontynent, a Bruksela patrzy z boku
Problemem Europy pozostaje strategiczna decyzja instytucji unijnych o dopuszczeniu chińskich marek do zalewania kontynentu tanimi samochodami elektrycznymi. Producenci tacy jak BYD i Geely systematycznie podcinają pozycję rywali pokroju Volkswagena, Porsche i Mercedesa. Dane marcowe pokazują skalę tej ekspansji w sposób nieubłagany dla rodzimych koncernów.
BYD ponad dwukrotnie zwiększył swoją sprzedaż w Europie w marcu do poziomu 37 580 pojazdów. Chiński gigant przygotowuje się do rozpoczęcia produkcji w swojej nowej fabryce na Węgrzech pod koniec bieżącego kwartału, co oznacza, że udział Państwa Środka w rynku europejskim będzie rósł jeszcze szybciej. Tesla również skorzystała z ogólnego ożywienia – jej rejestracje w marcu skoczyły o 84% do poziomu 52 600 sztuk, co pozwoliło amerykańskiej firmie utrzymać niewielką przewagę nad BYD w ujęciu od początku roku.

CYNICZNYM OKIEM: Bruksela sfinansowała dekadę zielonej transformacji hasłami o klimacie, a największym beneficjentem okazuje się Pekin, który dziś sprzedaje Niemcom elektryki taniej, niż Volkswagen potrafi wyprodukować spalinowego golfa.
Efekt Ormuz potrwa dłużej, niż sądzą konsumenci
Skok cen ropy Brent do poziomów trzycyfrowych w marcu wpłynął na zachowania konsumentów w sposób, który zaskoczył nawet analityków. Szok paliwowy na stacjach benzynowych okazał się skuteczniejszym marketingiem aut elektrycznych niż lata kampanii rządowych. Warto jednak zwrócić uwagę na istotną obserwację analityków banku UBS, która sugeruje, że obecne przyspieszenie nie będzie krótkotrwałe.
Z notatki UBS wynika, że w ciągu ostatnich czterech dekad szoki cenowe ropy zazwyczaj utrzymywały się na podwyższonym poziomie przez pięć miesięcy po wystąpieniu zdarzeń militarnych. Oznacza to, że presja na portfele europejskich kierowców będzie odczuwalna co najmniej do końca lata. Przy takim scenariuszu samochody elektryczne mają szansę na trwałe odzyskanie przychylności konsumentów na starym kontynencie.
CYNICZNYM OKIEM: Aby Europejczycy masowo przesiedli się na elektryki, trzeba było nie dotacji ani moralizatorskich kampanii – wystarczył jeden konflikt zbrojny na drugim końcu świata i gigantyczny rachunek na stacji benzynowej.
Sytuacja w Stanach Zjednoczonych kreśli kontrastujący obraz wobec europejskiego boomu. Po wyeliminowaniu federalnych dotacji popyt na auta elektryczne w USA pozostaje stłumiony, co pokazuje, jak odmiennie reagują dwa rynki na identyczny sygnał cenowy z rynku ropy. Europa kupuje elektryki z przymusu paliwowego, Ameryka odkłada decyzję, a Chiny zbierają żniwo z obu tych postaw.



