Syria tonie we krwi. Ofiary po masowych protestach

Wojna nie skończyła się z upadkiem Asada – zmieniła tylko twarz i cel

Adrian Kosta
5 min czytania

W kraju, który od dekady stoi na ruinach, wojna nie skończyła się z upadkiem Asada – zmieniła twarz i cel. Dziś ofiarą przemocy nie są tylko opozycjoniści, ale ci, którzy kiedyś stanowili kręgosłup reżimu: Alawici. Zdegradowani, rozbrojeni i porzuceni przez własne państwo, po raz pierwszy od początku konfliktu wyszli na ulice z hasłami, które w Syrii brzmią jak bluźnierstwo: „Federalizm jest rozwiązaniem” i „Krew Alawitów nie jest tania.”

W niedzielę tysiące przedstawicieli tego religijnego odłamu islamu protestowało w miastach Homs, Latakia, Tartus i Jableh. W gniewnym tłumie pobrzmiewał głos rozpaczy – społeczność, która niegdyś rządziła Syrią, dziś prosi o ochronę międzynarodową we własnym kraju.

CYNICZNYM OKIEM: W Syrii role ofiar i oprawców wymienia się szybciej niż fronty.

Od bastionu reżimu do celu represji. Rewolta Ghazala

Jeszcze kilka lat temu Alawici stanowili rdzeń aparatu państwowego. To z ich szeregów wywodzili się oficerowie, urzędnicy i ochroniarze dawnego prezydenta. Po upadku Bashara al-Asada zostali zdegradowani z rządzącej elity do wrogiej mniejszości – winni wszystkiego, od zbrodni wojennych po ekonomiczną ruinę kraju.

Według świadków protesty w Latakii, Homs i Masyafie zostały brutalnie spacyfikowane przez siły bezpieczeństwa, które użyły ostrej amunicji przeciw cywilom. Co najmniej trzech demonstrantów zginęło. Setki osób aresztowano, kobiety bito pałkami, a całe dzielnice otoczono kordonami. To klasyczna syryjska logika: nie negocjuj z tłumem, rozstrzel go.

Podpalaczem tego gniewu była eksplozja w meczecie Imam Ali w Homs, która zabiła ośmiu Alawitów, w tym dzieci. Państwowa telewizja mówiła o „akcie terrorystycznym”, lecz dla wielu był to kolejny sygnał, że władze nie zamierzają chronić własnych obywateli.

CYNICZNYM OKIEM: Rząd syryjski ma jedną niezmienną zasadę – jeśli nie potrafisz kontrolować ofiary, nazwij ją prowokatorem.

Wszystko zaczęło się od wezwania duchowego przywódcy wspólnoty, szejka Ghazala Ghazala, który ogłosił, że cisza wobec zbrodni stała się współudziałem. Jego apel zabrzmiał jak manifest niewypowiedzianego: „Milczenie oznacza więcej krwi i upadek. Potrzebne są radykalne rozwiązania i międzynarodowa ochrona.”

Ghazal ostrzegł, że jeśli świat nie zauważy losu Alawitów, społeczność zacznie domagać się federalizmu, czyli podziału Syrii według linii wyznaniowych. Dla Damaszku taki postulat to niemal deklaracja secesji. Jednak dla Alawitów, którzy stracili militarną siłę i polityczne zaplecze, to być może jedyny sposób na przetrwanie.

Ich sytuacja jest tragicznie niejednoznaczna. W kraju, gdzie zniszczono armie Asada, nowe siły rządowe składają się z byłych bojowników Hayat Tahrir al-Sham i milicji ISIS. To właśnie oni – w paradoksie syryjskiej polityki – dziś noszą mundury armii narodowej i zwalczają „nieprawomyślnych” Alawitów.

Systemowa nienawiść. Federalizm czy rozpad?

Zaledwie w marcu tego roku wojska podległe nowemu ministerstwu obrony zmasakrowały ponad 1600 Alawitów podczas tłumienia lokalnego powstania. Komitet śledczy, powołany przez rząd, oczyścił władze z odpowiedzialności – w stylu, który od lat nie wymaga już komentarza.

Podobne scenariusze rozgrywały się w lipcu, gdy setki Druzów zginęły w starciach z siłami rządowymi. Kurdowie, chrześcijanie i inne mniejszości także doświadczyły „operacji porządkowych”, które miały oczyścić „zinfiltrowane regiony”. Oficjalnie walczy się z ekstremizmem. W praktyce – każdy, kto nie wpisuje się w nową strukturę władzy, staje się wrogiem.

CYNICZNYM OKIEM: W Syrii nie trzeba wybierać strony. Wystarczy oddychać w złym miejscu o złej porze.

Dziś słowo federalizm powraca w ustach duchownych i lokalnych liderów, jakby miało moc cofnięcia dekad przemocy. Dla części Syryjczyków oznacza nadzieję na autonomię i bezpieczeństwo. Dla innych – rozbicie resztek państwa.

Niektórzy analitycy sugerują, że izraelska obecność na południu kraju sprzyja tej narracji, bo podzielona Syria byłaby mniej groźna dla regionu. To z punktu widzenia Tel Awiwu logiczne: zrujnowane państwo nie prowadzi wojen. Ale dla samych Syryjczyków, niezależnie od wyznania, to kolejny etap długiego rozkładu.

Ghazal próbuje zachować ton dialogu. „Nasze drzwi są otwarte dla wszystkich państw zaangażowanych w sprawę syryjską” – mówi w wywiadzie. To brzmi pojednawczo, ale pod spodem kryje się desperacja. Kiedy religijni przywódcy błagają o kontakt z obcymi mocarstwami, wiadomo, że państwo przestało istnieć.

Syria roku 2025 przypomina laboratorium chaosu. Armie bez dowódców, milicje bez ideologii, granice bez sensu. Alawici, niegdyś symbole reżimu, dziś dołączają do długiej listy prześladowanych: Druzów, Kurdów, chrześcijan.

Protesty, które zaczęły się od pogrzebów ofiar zamachu, przerodziły się w krzyk o elementarne prawo do życia bez lufy przy skroni. Ale w kraju, gdzie każde słowo jest przesłuchaniem, krzyk ten odbija się tylko echem od ruin.

CYNICZNYM OKIEM: Syria wciąż istnieje – głównie jako przypomnienie, że kiedy władza buduje potęgę na strachu, ten strach w końcu obraca się przeciw niej.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *