W amerykańskiej prawicy znów rozgorzała dyskusja, która sięga samego fundamentu idei „America First.” Czy Stany Zjednoczone mogą prowadzić politykę narodową, gdy ich decyzje zagraniczne są w istocie podporządkowane interesom sojuszników? Pytanie to powróciło w debacie, w której udział wzięli Scott Horton, publicysta i krytyk interwencjonizmu, oraz Fred Fleitz, były szef sztabu Rady Bezpieczeństwa Narodowego w administracji Donalda Trumpa.
CYNICZNYM OKIEM: W Ameryce coraz trudniej odróżnić patriotyzm od lobbingu – różnica polega głównie na adresie pocztowym.
Ameryka pierwsza, czy Izrael?
Dla Hortona odpowiedź jest brutalnie prosta: „Syjonizm jest piętą achillesową ruchu America First.” Jego zdaniem nie da się mówić o niezależnej polityce narodowej, jeśli priorytety Waszyngtonu nieustannie pokrywają się z interesami Tel Awiwu.
„Nie możemy być państwem, które stawia Amerykę na pierwszym miejscu, skoro w praktyce stawia Izrael zamiast niej” – tłumaczył Horton. Jego zdaniem, uzależnienie amerykańskich decyzji wojskowych i dyplomatycznych od izraelskiej agendy regionalnej doprowadziło do strategicznego rozdwojenia jaźni: USA wspierają w Syrii i Jemenie grupy islamistyczne tylko dlatego, że są one „przydatne” w walce z Iranem i Hezbollahem.
„Z powodu naszej polityki Israel First”, mówił Horton, „często kończymy po stronie Bin Ladenitów, a nie przeciwko nim.”
Fleitz odpowiedział, że wsparcie dla Izraela nie jest sprzeczne z zasadą America First, lecz jej integralną częścią – zarówno moralnie, jak i politycznie. „Ameryka first oznacza, że stoimy mocno przy Izraelu i walczymy z antysemityzmem. Wróg, który walczy z Izraelem, nie walczy z nami w Nowym Jorku czy Chicago.”
Dla Fleitza to argument pragmatyczny: lepiej, by konflikty Bliskiego Wschodu rozgrywały się z dala od amerykańskich granic. Dla Hortona – moralna kapitulacja: zamiana republikańskiego realizmu w imperialny automatyzm.
CYNICZNYM OKIEM: Jeśli każda wojna ma chronić Amerykę, dlaczego od pół wieku Ameryka wciąż wojuje?
Wenezuela – powtórka z Panamy
Spór o granice amerykańskiej potęgi przewinął się również w kontekście operacji „Absolute Resolve” w Wenezueli, gdzie siły amerykańskie uprowadziły Nicolása Maduro. Horton skomentował tę akcję z ironią: „Gdyby jakikolwiek kraj porwał naszego prezydenta, zrównalibyśmy ich stolicę z ziemią.”
Jego zdaniem to kolejny przykład imperialnego samozadowolenia, które każe elitom wierzyć, że wojny są krótkie, tanie i politycznie opłacalne – dokładnie jak operacja w Panamie w 1989 roku.
Fleitz bronił decyzji o „operacji specjalnej”, określając ją konstytucyjnym prawem prezydenta do obrony bezpieczeństwa narodowego. Dodał, że podwójne standardy w tej debacie to hipokryzja: „Nie przypominam sobie, by demokraci protestowali, gdy Obama wysyłał drony w świat.”
Dla Hortona argument o legalności nie był wystarczający. „Nie można mieć obu rzeczy naraz – republiki i imperium. Musimy zrezygnować z jednego, by ocalić drugie.”
Imperium przebrane za moralność. Syjonizm jako test lojalności
Horton i Fleitz nie różnią się w diagnozie, że Ameryka od trzydziestu lat tkwi w stanie permanentnej interwencji. Dzieli ich jednak wnioski: jeden widzi w tym zdradę ideałów republikańskich, drugi – konieczność obrony cywilizacji.
Różnica jest subtelna, lecz fundamentalna. Horton traktuje „wojnę z terrorem” jako pretekst do utrzymania globalnego przywództwa, które już dawno przestało przynosić obywatelom korzyści. Fleitz widzi w niej element odstraszania – dzięki niej Ameryka nie musi walczyć „na własnym terytorium.”
Problem w tym, że terytorium moralne coraz bardziej się kurczy. „Ameryka First” stała się hasłem, pod którym różne frakcje definiują patriotyzm, globalizm i bezpieczeństwo według własnych interesów. Jedni chcą ograniczyć imperium, drudzy – zreformować, ale zachować.
CYNICZNYM OKIEM: Republika, która potrzebuje imperium, by się utrzymać, to już nie republika – to korporacja z flagą.
W amerykańskiej debacie publicznej samo słowo „syjonizm” wciąż działa jak granat retoryczny. Horton nie atakuje religii ani narodu – jego zarzut jest geopolityczny: że sojusz z Izraelem osiągnął punkt, w którym dyktuje Waszyngtonowi kierunek polityki. Jego zdaniem, poparcie USA dla izraelskich operacji – od Gazy po Iran – stało się automatyzmem, a nie decyzją polityczną.
Fleitz odpowiada z perspektywy bezpieczeństwa: Izrael to jedyny stabilny sojusznik w regionie i bastion Zachodu. Ale im mocniej powtarza ten argument, tym bardziej potwierdza tezę Hortona, że interesy stolic zaczynają się zlewać.
Czynnik emocjonalny – wspólny symbol, wspólne poczucie winy i dumy – sprawia, że każda krytyka Izraela natychmiast bywa interpretowana jako zdrada. A to, jak twierdzi Horton, podcina korzeń amerykańskiej niezależności.
Rezygnacja z imperium – radykalny wniosek Hortona
W końcowym monologu, który publiczność okrzyknęła „płomiennym zakończeniem,” Horton powtórzył swoją tezę w najprostszej formie:
„Musimy porzucić imperium, jeśli chcemy przywrócić republikę.”
Jego wezwanie nie jest pacyfistyczne; to apel o kalkulację kosztów, które Stany Zjednoczone ponoszą w imię utraconego prestiżu. Militarne interwencje, wsparcie dla autokratów i bezwarunkowe alianse przypominają strukturę uzależnienia – politycznego i finansowego.
CYNICZNYM OKIEM: Republika amerykańska cierpi na syndrom współuzależnienia – od wroga, który utrzymuje ją w stanie mobilizacji, i od przyjaciela, który nie pozwala jej odpocząć.
Debata Hortona z Fleitzem ujawniła, jak wrażliwa stała się idea „America First.” Dla jednych to obrona narodowych interesów, dla innych – przykrywka dla imperialnego status quo. A syjonizm, jak powiedział Horton, obnaża to pęknięcie najdotkliwiej.
Ostatecznie spór nie dotyczy Izraela, Wenezueli ani Iranu, lecz tego, czy Ameryka wciąż potrafi działać w swoim imieniu.
W tym sensie Horton pyta nie o politykę zagraniczną, lecz o tożsamość cywilizacji, która nie potrafi już odróżnić bezpieczeństwa od dominacji.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy imperium zaczyna modlić się o powrót republiki, znaczy to, że bogowie polityki domagają się ofiary – z samej siebie.


