Nie dziwne, że świat wydaje się obłąkany – jest obłąkany, ponieważ rządzą nim ludzie zakochani we własnej przeszłości. Stara Gwardia – polityczna, ekonomiczna, duchowa, medialna, akademicka – trzyma się władzy jak tonący drutu wysokiego napięcia. Ich przywileje, tytuły i narracje zależą od podtrzymania kłamstwa, że rzeczywistość nadal działa według dawnych zasad.
Problem polega na tym, że rzeczywistość przestała słuchać. Dane, fakty i zmysły krzyczą, że system się nie klei, a jednak władze wciąż recytują tę samą mantrę, jak duchowi w epoce, gdy Ziemia wciąż miała być centrum wszechświata. Główny błąd współczesności nie leży w technologii, polityce ani ekonomii. Leży w świętej potrzebie wiary – nie w religii, a w historii, która nadaje sens światu.
Każde społeczeństwo musi mieć opowieść, która tłumaczy, dlaczego rzeczy są takie, jakie są. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta historia przestaje pasować do rzeczywistości, ale nie ma pod ręką nowej.
Potrzebujemy mitu tak samo jak tlenu
Człowiek nie potrafi oddychać w próżni sensu. Nieposiadanie historii jest psychologicznie niemożliwe. Dlatego, nawet gdy obecna opowieść przestaje działać, nie wyrzucamy jej – łagodzimy, modyfikujemy, zaprzeczamy oczywistości. Robimy wszystko, by nie spojrzeć w pustkę między starym, a nowym porządkiem.
Przywiązanie do historii jest bardziej biologiczne niż ideologiczne. Definiuje to, co uznajemy za „wiedzę”. Jeśli wierzymy, że rynek rozwiąże wszystko – będziemy ignorować dowody, że rynek właśnie nas dusi. Jeśli wierzymy w postęp – przymkniemy oczy na to, że technologia robi nas coraz bardziej bezradnymi. Stara Gwardia żywi się tym mechanizmem. Wiedzą, że historia to nie tylko narracja – to narzędzie kontroli. Kto pisze opowieść, ten decyduje, co wolno ludziom uważać za „prawdziwe”.
CYNICZNYM OKIEM: Historia to narkotyk władzy. Książęta Kościoła mieli dogmaty, dzisiejsze elity mają raporty OECD. Efekt ten sam – podtrzymanie wiary, że niczego nie trzeba zmieniać.
Jak Stara Gwardia broni swojego mitu?
Thomas Kuhn, autor Struktury rewolucji naukowych, opisał to z chirurgiczną precyzją: stare paradygmaty nie umierają, one są wypierane dopiero razem z ludźmi, którzy w nie wierzą. Ale zanim umrą – robią wszystko, by udowodnić, że młody Kopernik się myli.
Dziś mamy setki takich małych inkarnacji:
– ekonomistów, którzy wciąż tłumaczą inflację jak w latach 70.,
– przywódców partii, którzy wierzą, że wybory wygrywa się spotami w telewizji,
– naukowców, którzy wciąż recytują „zaufaj ekspertom”, choć społeczeństwo zaufało i zostało oszukane.
Każda warstwa elit trzyma się swojej geocentrycznej teorii świata, gdzie oni są Słońcem. Nawet jeśli planety już dawno uciekły z orbity.
Nowy wiek niepewności – między starą opowieścią a nową, której jeszcze nie ma
Cywilizacja jest obecnie jak człowiek, który wyrzucił stare mapy, ale nie ma nowych – więc porusza się po świecie za pomocą gestów i wspomnień. Mówimy o postępie, gdy drukujemy zbankrutowane recepty, które same go hamują. Śmiejemy się z astrologów przeszłości, podczas gdy sami co rano sprawdzamy wykresy giełdowe z podobną wiarą w kosmiczne znaki.
Świat nie tyle zwariował – co został zawieszony między obłędem starej logiki, a pustką nowej. Każdy system – polityczny, gospodarczy, medialny – próbuje jeszcze raz udowodnić, że jego narzędzia działają, choć wyraźnie przestały. To dlatego każda reforma wygląda jak parodia samej siebie.
Jesteśmy jak astronomowie Ptolemeusza, którzy dodają kolejne „epicykle” do teorii, żeby utrzymać iluzję, że wszystko nadal się kręci wokół naszej planety – wokół naszego ego i przekonań.
Współczesny świat przypomina magazyn o „stylu życia” – w jednym artykule promuje nową dietę cud, w drugim reklamuje ciasto czekoladowe „z innego świata”. To metafora kultury, która próbuje pogodzić sprzeczności zamiast je rozwiązywać.
Utrzymujemy przy życiu zarówno ideę nieskończonego wzrostu, jak i hasło „zrównoważonego rozwoju”. Wierzymy w indywidualną wolność – i w algorytmy, które nas śledzą. To właśnie ta schizofrenia elit jest dzisiejszą normalnością.
CYNICZNYM OKIEM: Nie dziwne, że świat wydaje się obłąkany. On po prostu jest obłąkany – i ma doskonały.
Zderzenie paradygmatów
Każdy nowy porządek zaczyna się od herezji. Ale herezja ma dziś poważny problem – nie ma już świątyni, w której można by ją wypowiedzieć. Media społecznościowe zniszczyły przestrzeń dialogu, tworząc symetrię krzyków. Nauka stała się finansowo i ideowo zinfiltrowana polityką. Ideologie – lewicowa, prawicowa, ekologiczna – dzielą świat na „wierzących” i „heretyków”, nie na ludzi szukających prawdy.
Tymczasem rzeczywistość po prostu czeka, aż ktoś odważy się spojrzeć na nią bez filtra starej historii. Problem w tym, że każdy, kto to robi, natychmiast zostaje nazwany populistą, denialistą, ekstremistą lub – po prostu – wariatem.
Dlaczego wciąż robimy więcej tego, co nie działa? Bo alternatywa oznacza przyznanie się do błędu. A tego elity nie potrafią. Wolą tracić władzę w zwolnionym tempie niż oddać ją komuś, kto nie podziela ich mitu. Zamiast tworzyć nowe rozwiązania, budują tablice wyników, raporty i fora dyskusyjne, na których ceremonijnie potwierdzają swoją nieomylność.
Pod powierzchnią ideologii – lewicowej, liberalnej, konserwatywnej – działa ta sama zasada: chronić narrację, nie rzeczywistość. Lepiej umrzeć w zgodzie z historią niż przeżyć w chaosie bez niej.
Koniec świata jako proces administracyjny
Kiedy cywilizacje upadają, rzadko robią to nagle. Rzymskie imperium też nie zginęło w jeden dzień – po prostu przestało rozumieć własne problemy. Dziś dzieje się to samo. Nasze imperium – globalne, hipertechnologiczne, zdywersyfikowane – żyje w erze formularzowego końca świata. Nie będzie krzyków ani pożarów. Będą dokumenty, regulacje i panelowe dyskusje o „transformacji narracyjnej”.
CYNICZNYM OKIEM: Nie ma nic bardziej uporządkowanego niż upadek cywilizacji z agendą spotkania i cateringiem wegańskim.
Świat składa się z faktów, ale cywilizacja – z opowieści. Potrzebujemy nowej historii, która pozwoli nam spojrzeć na rzeczywistość bez memów, dogmatów i ideologicznego dress code’u. Takiej, która nie będzie uspokajać, ale tłumaczyć. Nie kolejną utopię, tylko opis tego, co naprawdę dzieje się z człowiekiem, który zgubił sens w epoce, w której wszystko jest zmierzalne oprócz znaczenia.
Puenta jest bolesna: nie potrafimy jeszcze nazwać przyszłości, bo nie odważyliśmy się pogrzebać przeszłości.
I dlatego – tak, świat wydaje się obłąkany. Bo jest w fazie żałoby po własnej historii.


