Świat obiegła niezwykła opowieść – dwudziestu amerykańskich komandosów miało w kilka godzin przejąć stolicę Wenezueli, likwidując setki przeciwników przy użyciu „broni dźwiękowej” i dronów sterowanych sztuczną inteligencją. Relacja anonimowego wenezuelskiego strażnika, który przeżył rajd, została podchwycona przez rzeczniczkę Białego Domu Karoline Leavitt, a następnie viralowo rozeszła się po sieciach społecznościowych.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka już nie prowadzi wojen – teraz produkuje zwiastuny do nich w 8K.
Noc, w której radar zamilkł
Według relacji strażnika, „radary zgasły bez ostrzeżenia, a niebo zapełniło się rojami dronów.” Po chwili miały nadlecieć śmigłowce – zaledwie kilka. „Z nich zjechało dwudziestu ludzi, wyglądali inaczej niż wszystko, z czym walczyliśmy. Każdy z nich strzelał z prędkością trzystu pocisków na minutę” – mówił rzekomy świadek, dodając, że po użyciu „fal dźwiękowych” żołnierze Maduro zaczęli krwawić z nosa i tracić przytomność.
W relacji nie zabrakło finału godnego hollywoodzkiego scenariusza: zero strat po stronie amerykańskiej, setki ofiar po drugiej. Według „świadka”, „to była masakra” i „nikt w Ameryce Łacińskiej nie odważy się już walczyć z USA”.
Z relacji w mem – z memu w politykę
Historia trafiła do sieci za sprawą Mike’a Nettera, aktywisty z Kalifornii, który od miesięcy próbuje odwołać demokratycznego gubernatora Gavina Newsoma. Netter opublikował ją na portalu X, a Biały Dom – zamiast zdystansować się – wzmocnił przekaz.
Leavitt udostępniła post, komentując, że „świat właśnie zobaczył, z czym mierzy się tyrania, gdy staje naprzeciw wolności.” W praktyce oznacza to, że administracja oficjalnie wykorzystała propagandową narrację jako narzędzie strategicznego zastraszenia.
Z perspektywy dyplomacji to ruch celowy i symboliczny. Po operacji „Absolute Resolve” i uwięzieniu Nicolása Maduro Waszyngton chce, by każde państwo Ameryki Łacińskiej – od Kuby po Nikaraguę – wiedziało, że kolejny opór będzie daremny.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy rzecznik prasowy cytuje anonimowego strażnika z Caracas, to nie ma znaczenia, czy to prawda – ważne, że brzmi jak zwycięstwo.
Delta Force, drony i mit o nowoczesnej wojnie
Według oficjalnych źródeł, operacja faktycznie przebiegła bez strat własnych – choć New York Times odnotował, że jeden helikopter został trafiony, a kilku żołnierzy odniosło rany. Reszta to spekulacja i atrakcyjna legenda: Delta Force z hełmami z AI, drony Andurila, broń dźwiękowa, nieziemska precyzja.
To wszystko składa się na nową wersję mitu o amerykańskiej nieomylności, który od czasów wojny w Zatoce Perskiej żyje własnym życiem. Dawniej propagandę podsycały filmy z kokpitów F‑16, dziś lajki i udostępnienia.
Eksperci zauważają, że relacja strażnika jest niemożliwa do weryfikacji i ma raczej charakter „narracyjnego straszaka”. Ale w epoce komunikacji przez social media, to nie prawda, lecz tempo rozpowszechniania informacji określa skuteczność przekazu.
W szerszym kontekście historia „superżołnierzy” wpisuje się w tzw. Doktrynę Donroe – nazwę nadaną przez think tanki polityce Trumpa wobec Ameryki Łacińskiej. Jej głównym założeniem jest odbudowa hegemonii USA w półkuli zachodniej i wypchnięcie wpływów Chin, Rosji i reżimów socjalistycznych.
Obalenie Maduro ma być pierwszym krokiem tej strategii. Twarda siła ma powrócić jako narzędzie dominacji, a technologiczne mity – jak ten o „dźwiękowej broni apokalipsy” – mają służyć zastraszaniu przeciwników bez konieczności wypowiadania im wojny.
Według komentatorów, kremlowskie media już odwracają narrację: przedstawiają Delta Force jako „armie cyborgów” testujących broń zakazaną traktatami. W tym sensie propaganda amerykańska i antyamerykańska grają na tym samym boisku – fikcja służy obu stronom.
CYNICZNYM OKIEM: Jeśli przyszłość wojen ma wyglądać jak zwiastun z TikToka, to Pentagon i Hollywood mogą wreszcie dzielić ten sam departament.
Od strachu do geopolitycznego projektu
Za powierzchnią tej medialnej legendy kryje się jednak projekt polityczny. Według doradców Trumpa, cel nie kończy się na Caracas. Stany Zjednoczone planują utworzenie bloku gospodarczego w Ameryce Łacińskiej, który miałby przypominać ekonomiczne superpaństwo – z dominującą rolą Waszyngtonu i marginalizacją organizacji takich jak BRICS czy CELAC.
W tej architekturze Wenezuela stanowi przykład, nie wyjątek. Sygnalny cios w autorytarny rząd ma być równocześnie testem nowego modelu wpływu – połączenia twardej siły, cyfrowego przekazu i ekonomicznego uzależnienia.
Polityka Trumpa wobec regionu coraz wyraźniej przypomina latynoamerykańską wersję doktryny Monroe z XXI wieku, tyle że pod zmienioną nazwą: Donroe Doctrine. Stary slogan „Ameryka dla Amerykanów” ustępuje miejsca zasadzie „kontynent dla posłusznych.”
To, co niegdyś Groźba Atomowa robiła wobec Związku Radzieckiego, dziś ma robić groźba Techno-Cudu wobec Południa. Wystarczy jedno udostępnienie filmu z dronem i kilka cytatów z przerażonego strażnika, by tysiące internautów zobaczyło w Ameryce – nie tylko hegemona, ale demiurga.
I choć może nigdy nie dowiemy się, czy ktoś rzeczywiście użył „fal dźwiękowych” w Caracas, pewne jest jedno: narracja działa szybciej niż kula, a legendy z pola bitwy stają się nową walutą wpływów.
CYNICZNYM OKIEM: W epoce propagandy 5.0 główną bronią masowego rażenia stało się zdanie „według relacji świadka”.
Tak więc „superżołnierze” Trumpa mogą pozostać mitem, ale ich misja – zastraszyć, zdyscyplinować i przypomnieć, kto jest panem regionu – została wykonana perfekcyjnie. Nie potrzeba dowodów, gdy działają emocje. Wystarczy, że amerykański mit znów nauczył świat, jak strach zamienia się w politykę.


