Wall Street znowu wpada w panikę przed kosmosem. Inwestorzy panikują na myśl o Starlinku i orbitalnych centrach danych, ale Goldman Sachs mówi: przeginacie z reakcją. Analitycy banku, pod wodzą Andrew Lee, zorganizowali spotkanie „Space – Datacentres Opportunity and Telecom Risk”, gdzie eksperci z Altman Solon rozwiali mity o końcu tradycyjnych operatorów telekomunikacyjnych.
Kluczowe idee? Przede wszystkim kosmiczne centra danych: wizja Elona Muska, który łączy SpaceX z xAI, by budować „orbitalne serwerownie”. Zalety brzmią jak science-fiction – darmowa energia słoneczna, chłodzenie bez klimatyzatorów, zero kosztów gruntów i pozwoleń. Bariery? Koszty startów rakiet muszą spaść poniżej 200 dolarów za kilogram, a systemy chłodzenia stać się ultralekkie.
CYNICZNYM OKIEM: Przestrzeń brzmi ekscytująco, dopóki nie policzysz rachunku za paliwo rakietowe. Musk sprzedaje marzenia, a inwestorzy kupują akcje na hype.
Satelity jako dodatek, nie zamiennik
Druga bomba: satelitarna łączność, jak Starlink z jego konstelacją LEO (low-Earth orbit). Według Goldman Sachs, satelity nie zastąpią telkomów, lecz je uzupełnią. Mają ograniczone moce, zmienną jakość i słabą ekonomię w gęsto zaludnionych miastach. Idealne dla wiejskich, bogatych obszarów, gdzie wieże komórkowe czy światłowody są za drogie. Telkomy mogą je wykorzystać do rozszerzenia zasięgu, bez rewolucji w biznesie.
Analitycy podkreślają, że obawy inwestorów są przesadzone – satelity to uzupełnienie, nie konkurencja. Dla firm wieżowych jak Cellnex czy INWIT ryzyko jest już wliczone w kursy. Dla operatorów jak TMUS (większościowy udział Deutsche Telekom) czy europejskich gigantów (BT, Nordics, DT, KPN) to szansa na rewaloryzację akcji.
Przyszłość: od Księżyca do giełdy
Goldman utrzymuje optymizm co do europejskich telkomów, polecając zakupy wybranych akcji. Kosmiczne centra danych mogą stać się realne w tej dekadzie dzięki Starshipowi, ale na razie to wizja, nie zagrożenie.
Wielkie pytanie brzmi: kiedy Starlink naprawdę zaatakuje telkomy?
Na razie inwestorzy, zamiast paniki, mogliby pomyśleć o synergiach – satelity jako przedłużenie kabli, a nie ich koniec. W końcu w kosmosie, jak na giełdzie, liczy się nie prędkość, lecz trajektoria.


