Krzywa terminowa cen ropy mówi jasno – obecny globalny szok energetyczny może być znaczący, ale krótkotrwały. Rynki dyskontują krótką wojnę o ograniczonym wpływie na podaż, z ceną Brent schodzącą do poziomu 80 dolarów za baryłkę do końca 2026 roku. Jednak prawdziwe zagrożenie dla światowej gospodarki nie leży w samych cenach surowców, lecz w tym, co zrobią z nimi rządy – bo jeśli historia czegoś uczy, to tego, że politycy z drukarką pieniędzy i kryzysem energetycznym w tle to najbardziej niebezpieczna kombinacja makroekonomiczna, jaką można sobie wyobrazić.
Nawet w najgorszym scenariuszu trzeba zachować proporcje. Sto dolarów za baryłkę w 2026 roku to nie to samo co sto dolarów w 2008 roku – w obecnych ujęciach dolarowych kryzys naftowy sprzed osiemnastu lat zacząłby się dopiero przy cenie 190 dolarów za baryłkę. Uwzględnienie inflacji jest kluczowe, a większość komentatorów tego nie robi.
Ameryka 2026 to nie Ameryka 2008
Fundamentalna różnica między obecnym szokiem a poprzednimi kryzysami leży w strukturze podaży. W 2008 roku produkcja ropy w USA wynosiła ledwie 5 milionów baryłek dziennie. Dziś Stany Zjednoczone są największym producentem ropy na świecie z wynikiem 13,7 miliona baryłek dziennie.
Wydobycie suchego gazu ziemnego wzrosło z 56 miliardów stóp sześciennych dziennie do prognozowanych 106 miliardów w 2026 roku. Wliczając Kanadę i Meksyk, niezależność naftowa Ameryki Północnej jest niemal pełna.
Podaż spoza OPEC również znacznie wzrosła od 2008 roku, przyczyniając się do większej stabilności rynku. Zakłócenia w cieśninie Ormuz i infrastrukturze Zatoki Perskiej sprawiły jednak, że rynek przeszedł ze stanu nadpodaży wynoszącej 4 miliony baryłek dziennie do napiętej równowagi.
Przez cieśninę Ormuz przepływa prawie 25 procent morskiego eksportu ropy i duża część transportu LNG. Osiemdziesiąt procent tego ruchu trafia do Azji, głównie do Chin, które już wstrzymały eksport wszystkich produktów rafinowanych, próbując ograniczyć ryzyko ograniczeń w dostawach.

CYNICZNYM OKIEM: Ameryka Północna jest praktycznie niezależna energetycznie, ale prowadzi wojnę na Bliskim Wschodzie, która winduje ceny ropy dla wszystkich innych. To jak bogacz podpalający restaurację, w której sam nie je.
Efekt domina, którego nikt nie policzy na stacji benzynowej
Nawet jeśli sam szok naftowy będzie krótkotrwały, jego wtórne efekty rozleją się po całej gospodarce. Wyższe ceny paliw natychmiast przełożą się na koszty energii elektrycznej, ogrzewania, nawozów, tworzyw sztucznych, chemikaliów i towarów przemysłowych zależnych od wkładów petrochemicznych. Te wtórne efekty cenowe mogą szybko przełożyć się na inflację konsumencką i producencką, nawet jeśli inne czynniki dezinflacyjne złagodzą ogólny wpływ na wskaźnik CPI.
Najbardziej narażone są gospodarki importujące energię. Unia Europejska, która od 2022 roku nie zdołała wzmocnić swoich łańcuchów dostaw energii, wciąż znajduje się w środowisku niskiego wzrostu, podatnym na silne skutki wstrząsów energetycznych.
Japonia, Korea Południowa, Tajwan, Indie i części Ameryki Łacińskiej odczują wyższe rachunki za paliwo w gospodarstwach domowych już zmagających się z uporczywą presją inflacyjną. Dla krajów takich jak Pakistan, silnie zależny od importowanego LNG, szok może wywołać napięcia w bilansie płatniczym, deprecjację waluty, a nawet racjonowanie.
Rezerwy dolarowe gospodarek wschodzących są wysokie, ale niewystarczające, by w pełni zrównoważyć wpływ kryzysu na siłę nabywczą ich walut.
Rządowa pokusa, która kończy się stagflacją
Tu dochodzimy do sedna problemu. Jeśli rządy zdecydują się „zwalczać” kryzys energetyczny poprzez zwiększanie wydatków i dotacji – co jest równoznaczne z dodrukiem pieniądza – skutek makroekonomiczny będzie jednoznacznie stagflacyjny: wyższa inflacja przy słabszym lub zerowym wzroście.
Drugie ryzyko jest równie groźne. Gdyby banki centralne zdecydowały się na podwyżkę stóp procentowych z powodu skoków cen energii, zahamowałyby inwestycje, konsumpcję i tworzenie miejsc pracy, nie mając żadnego wpływu na ceny napędzane przez zewnętrzny czynnik geopolityczny. Byłoby to powtórzenie błędów z lat 2021-2024.
MFW szacował wcześniej spowolnienie globalnego wzrostu do około 3 procent lub mniej na rok 2026. Szok związany z Iranem może oznaczać dalsze zaostrzenie warunków finansowych. Długa wojna wywołałaby domino recesji w regionach importujących energię, podczas gdy eksporterzy surowców odnotowaliby ożywienie, które nie zrównoważyłoby jednak strat w największych gospodarkach świata, będących głównie importerami.
CYNICZNYM OKIEM: Rządy, które drukowały pieniądze podczas Covidu i wywołały inflację, teraz stoją przed pokusą zrobienia tego samego z powodu wojny. Definicja szaleństwa to robienie tego samego i oczekiwanie innego wyniku – ale w polityce fiskalnej to się nazywa „odpowiedzialną polityką antykryzysową”.
Stagflacja pozostaje scenariuszem mało prawdopodobnym. Ale jeśli nadejdzie, nie będzie dziełem irańskich dronów ani blokady cieśniny Ormuz. Zostanie w całości wykreowana przez błędy polityczne rządów i banków centralnych – przez pokusę wydawania i drukowania, ignorując brak przestrzeni fiskalnej i lekcje, których najwyraźniej nikt nie odrobił z poprzedniego kryzysu.


