Słowo luksus przestało kojarzyć się z marmurem, wielkimi metrażami i torebkami, których ceny wyglądają jak literówka. Dziś luksusem bywa spokojny poranek bez pośpiechu, kawa wypita na siedząco, obiad zrobiony bez kalkulowania, czy stać nas na lepsze składniki, weekend bez planu albo godzina ciszy, w której nikt niczego od nas nie chce. Brzmi to skromnie, wręcz banalnie, a jednak właśnie takie rzeczy coraz częściej zaczynają mieć wartość większą niż kolejny przedmiot.
Przez lata oswoiliśmy się z myślą, że luksus musi błyszczeć. Musi być widoczny, sfotografowany, podpisany nazwą marki, pokazany na tle hotelowego basenu albo przynajmniej ładnie zapakowany. Tymczasem codzienne życie po cichu przesunęło granicę i zwykłe przyjemności, które kiedyś były tłem dnia, dziś trzeba sobie wywalczyć – pieniędzmi, czasem, organizacją, a niekiedy wręcz poczuciem winy. To jedna z bardziej gorzkich zmian ostatnich lat.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy spokojny poranek staje się dobrem luksusowym, rynek natychmiast znajduje sposób, by go sprzedać. Cisza w cenie pakietu, nuda w abonamencie.
Dlaczego małe przyjemności podrożały najbardziej?
Przez długi czas drobne przyjemności były wentylem bezpieczeństwa. Nawet gdy nie można było pozwolić sobie na duże wydatki, zostawały rzeczy małe – kawa na mieście, świeże kwiaty, książka, kino, dobre pieczywo czy krótki wyjazd za miasto. Z takich drobiazgów składa się poczucie, że życie nie jest wyłącznie harmonogramem obowiązków.
Dziś wiele z tych rzeczy zaczęło ważyć więcej w domowym budżecie. Kawa na mieście przestała być niewinnym przystankiem, gdy za dwie osoby potrafi kosztować tyle, ile kiedyś szybki lunch. Wyjście do restauracji z kategorii zwyczajny piątek przesuwa się w stronę wydarzenia, które trzeba zaplanować, a podstawowy koszyk spożywczy potrafi zaskoczyć przy kasie.
To właśnie w takich momentach widać, że luksus nie zawsze oznacza nadmiar. Czasem oznacza brak konieczności ciągłego przeliczania – możliwość wzięcia do koszyka malin, lepszej oliwy albo ulubionego sera bez wewnętrznej narady pod lodówką. To drobiazgi, ale świetnie pokazują, jak bardzo codzienność potrafi się skurczyć, gdy wszystko zaczyna kosztować trochę więcej.

Dlaczego czas stał się najdroższą walutą?
Pieniądze są tylko częścią tej układanki. Drugą, chyba jeszcze bardziej dotkliwą, jest czas, ponieważ zwykłe przyjemności potrzebują przestrzeni. Żeby ugotować coś dobrego, trzeba mieć nie tylko produkty, ale też chwilę na krojenie, mieszanie i czekanie.
Współczesny luksus coraz częściej wygląda jak wolne popołudnie bez poczucia, że coś nam ucieka. Dlatego tak wiele osób marzy dziś nie o bardziej spektakularnym życiu, lecz o życiu trochę mniej zatłoczonym – mniej bodźców, mniej presji, mniej nieustannego szumu, który sprawia, że nawet odpoczynek trzeba wpisać w kalendarz jak spotkanie służbowe.
Zwykła przyjemność wymaga też uważności, a z tym mamy kłopot. Można kupić najlepszą herbatę, ale jeśli pije się ją między dwoma mailami, jej smak znika. Coraz częściej prawdziwym luksusem nie jest samo posiadanie czegoś, lecz zdolność, by naprawdę z tego skorzystać.
Doszło też do tego, że codzienność zaczęła wymagać logistyki. W teorii mamy więcej udogodnień niż kiedykolwiek – aplikacje dostarczą jedzenie, robot odkurzy podłogę, telefon przypomni o wszystkim. Za tą wygodą pojawiła się jednak nowa warstwa obowiązków: subskrypcje, aktualizacje, powiadomienia, porównywarki, rezerwacje, regulaminy i decyzje.
Kiedyś zwykła przyjemność bywała prostsza, bo szło się po lody, siadało na ławce i wracało do domu. Dziś przed wyjazdem na weekend sprawdzamy ceny noclegów, opinie, parking, pogodę, korki i to, czy nie odbywa się lokalny festiwal podnoszący ceny. Ta logistyka odbiera spontaniczność, a spontaniczność znika jako jedna z pierwszych, gdy życie robi się drogie i napięte.
Osobnym wymiarem jest przebodźcowanie, o którym mówi się coraz więcej. Dawniej odpoczynek kojarzył się z atrakcją, dziś coraz częściej z jej brakiem. Cisza, nuda, samotny spacer czy balkon z kubkiem herbaty brzmią niemal staroświecko, lecz przyjemność z czytania czy gotowania łatwo przegrywa z telefonem, bo telefon jest zawsze bliżej i szybciej nagradza mózg.
CYNICZNYM OKIEM: Najpierw sprzedano nam urządzenia kradnące uwagę, a potem aplikacje do medytacji, które mają ją odzyskać. Cisza stała się usługą z miesięczną opłatą.
W zwykłych przyjemnościach przeszkadza nam także poczucie winy. Wewnętrzny księgowy, menedżer i krytyk w jednej osobie potrafi zepsuć najładniejsze popołudnie, każąc uzasadniać przyjemność praktycznością. Spacer jest dobry, bo robi kroki, sen ważny, bo poprawia produktywność – tymczasem przyjemność nie zawsze musi mieć tabelkę z korzyściami.
Powrót do prostoty nie jest przy tym kaprysem. Ludzie znów chcą piec chleb, mieć zioła na parapecie i czytać papierowe książki, bo pod spodem kryje się bardzo ludzka potrzeba odzyskania kontroli nad kawałkiem własnego dnia. Proste przyjemności dają poczucie zakorzenienia, którego nie zapewnia szybka konsumpcja, choć i prostotę sprzedaje się dziś w wersji premium, z lnianym obrusem za kilkaset złotych.
To, że zwykłe przyjemności znów stają się luksusem, mówi sporo o naszych czasach – o kosztach życia, przeciążeniu i presji robienia wszystkiego lepiej oraz szybciej. Mówi jednak też coś dobrego, bo na nowo doceniamy rzeczy, które długo traktowaliśmy jak oczywistość. Jeśli zwykły spacer albo wolna niedziela zaczynają wydawać się luksusem, warto potraktować to jak sygnał ostrzegawczy i odzyskać choć fragment dnia, który nie służy niczemu poza tym, że dobrze jest go mieć.



