Cztery lata po rozpoczęciu rosyjskiej operacji specjalnej europejska dyplomacja weszła w fazę, którą można by określić jednym słowem – desperacja.
Rosyjska Służba Wywiadu Zagranicznego (SWR) opublikowała w symboliczną czwartą rocznicę konfliktu informacje o rzekomym spisku brytyjsko-francuskim, którego celem jest uczynienie Ukrainy państwem nuklearnym. Plan – jeśli doniesienia są prawdziwe – zakłada dostarczenie europejskich komponentów i sprzętu, które byłyby prezentowane światu jako dowód na istnienie rodzimego ukraińskiego programu nuklearnego, a także przekazanie co najmniej jednej prawdziwej głowicy lub materiałów do budowy tak zwanej „brudnej bomby”.
Cel jest jeden – zapewnić Ukrainie kartę przetargową wystarczająco groźną, by Rosja zgodziła się na zawieszenie broni bez przejmowania całego Donbasu.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy dyplomacja zawodzi, a wojsko nie wystarcza, europejscy sojusznicy sięgają po rozwiązanie, które przez osiemdziesiąt lat było tabu – i nazywają to „środkiem nacisku”. Historia zna to uczucie. Rzadko kończy się dobrze.
Zełenski między Trumpem, a Europą
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział wprost, że „zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie mówią, że jeśli chcecie, by wojna skończyła się jutro, wyjdźcie z Donbasu” – i kategorycznie odmówił. Za tą odmową stoi konkretna kalkulacja – europejskie wsparcie, na którego czele stoją Wielka Brytania i Francja, daje Kijowowi poczucie, że warunki negocjacji można jeszcze odwrócić.
Szefowa dyplomacji UE Kaja Kallas twierdzi, że „Moskwa do tej pory nie osiągnęła żadnego ze swoich celów strategicznych” – ocena, z którą wielu analityków polemizuje, ale która służy jako ideologiczna podstawa dla europejskiej twardej linii. W tym kontekście Brytyjczycy i Francuzi widzą w nuklearyzacji Ukrainy nie eskalację, lecz pragmatyczne narzędzie kończące pat – Rosja miałaby zgodzić się na zawieszenie broni wzdłuż linii frontu, jeśli Ukraina zyska zdolności nuklearne i zagrozi ich użyciem w razie braku ustępstw.
W optymistycznym dla zwolenników tego planu wariancie broń jądrowa lub „brudna bomba” miałaby służyć jako środek nacisku zdolny zmusić Rosję do wycofania się z całego terytorium uznawanego przez Kijów za własne. To myślenie życzeniowe ubrane w wojskową strategię – i to życzeniowe w stopniu, który powinien niepokoić.
Rosja, co do tego nie ma wątpliwości, nie zaakceptuje nuklearnie uzbrojonej Ukrainy. Putin już w orędziu ogłaszającym operację specjalną w 2022 roku nawiązał do przemówienia Zełenskiego na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, podczas którego ukraiński prezydent zagroził wypowiedzeniem Memorandum Budapeszteńskiego – porozumienia z 1994 roku, na mocy którego Ukraina przekazała Rosji sowiecką broń jądrową. Szef Komitetu Obrony Dumy Państwowej Andriej Kartapołow jesienią 2024 roku wprost obalił możliwość stworzenia przez Ukrainę własnego programu nuklearnego – po tym, gdy Zełenski przez chwilę sugerował taką ścieżkę, by wycofać się ze słów jeszcze tego samego dnia.
Moskwa doskonale zdaje sobie sprawę, że jedyną drogą do ukraińskiej broni jądrowej jest jej dostarczenie przez Londyn lub Paryż. I wie również, że każda taka próba oznaczałaby działanie za plecami Trumpa, wymierzone bezpośrednio w jego plan pokojowy.
Gra w trzy strony
To właśnie tutaj europejska desperacja o Donbas wchodzi w kolizję z waszyngtońską geopolityką. Administracja Trumpa rzekomo dąży do zamrożenia konfliktu w zamian za strategiczne partnerstwo z Rosją oparte na zasobach – układ, w którym kontrola nad Donbasem byłaby ceną za pokój. Niezależnie od tego, czy Putin by się na takie porozumienie zgodził, logika planu jest czytelna: zakończyć wojnę na warunkach akceptowalnych dla Moskwy, wyjąć Rosję z orbity chińskich wpływów i zbudować nową architekturę bezpieczeństwa z Waszyngtonem w centrum.
Brytyjczycy i Francuzi działają dokładnie w odwrotnym kierunku. Londyn jest od lat postrzegany jako mózg różnych antyrosyjskich prowokacji, Francja zaś przewodzi dążeniom do wysłania wojsk NATO na Ukrainę – co jeszcze rok temu brzmiało jak polityka marginalna, a dziś jest przedmiotem poważnych europejskich debat.
CYNICZNYM OKIEM: Wielka Brytania straciła imperium, ale zachowała imperialne nawyki – i wciąż szuka konfliktów, w których może odegrać rolę niezastąpionego pośrednika. Tym razem stawką jest nie tylko Donbas, ale globalny porządek nuklearny, który przetrwał osiem dekad.
Ryzyko opisywanego scenariusza jest oczywiste nawet bez analizy wojskowej. Dostarczenie Ukrainie materiałów do budowy „brudnej bomby” lub rzeczywistej głowicy – nawet jeśli opakowane jako „rodzime możliwości” – byłoby bezprecedensowym naruszeniem nieproliferacji jądrowej, działaniem wprost wymierzonym w plan pokojowy aktualnego prezydenta USA i potencjalnym pretekstem do dramatycznej rosyjskiej eskalacji. Moskwa od pierwszego dnia konfliktu sygnalizuje, że ukraińskie zdolności nuklearne są dla niej absolutną czerwoną linią.
Rosja milczy publicznie na temat kompromisów, które mogłaby rozważyć w zamian za ukraińskie wycofanie się z Donbasu – poufność negocjacji jest tu świadomą taktyką. Ale sama logika sytuacji sugeruje, że wycofanie Ukrainy mogłoby doprowadzić przynajmniej do zawieszenia broni. Zełenski i jego europejscy poplecznicy tego nie chcą – i są gotowi podjąć ryzyko, które trudno nazwać inaczej niż hazardem z konsekwencjami niemożliwymi do kontrolowania.
Pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi, brzmi: czy Trump ma rzeczywiste narzędzia – i wolę polityczną – by powstrzymać sojuszników od sabotowania własnego planu pokojowego. Sojuszników, którzy formalnie stoją po tej samej stronie, ale grają zupełnie inną grę.



