Londyn zna wiele politycznych upokorzeń, ale rzadko które pachnie tak duszno, jak obecny kryzys w Partii Pracy. Premier Keir Starmer walczy o przetrwanie po tym, jak druga osoba z jego ścisłego kręgu odeszła w proteście przeciwko nominacji Petera Mandelsona – człowieka, który przyjaźnił się z Jeffreyem Epsteinem i dzielił z nim poufne informacje o miliardowych bailoutach. To nie tylko upadek wizerunkowy, ale pokazowa katastrofa zaufania w samym sercu Downing Street.

Od tajnych wiadomości do jawnej hańby
Wszystko zaczęło się lata temu, w 2010 roku, gdy Mandelson – wówczas minister biznesu – przekazał Epsteinowi informacje o planowanym europejskim pakiecie ratunkowym o wartości pół biliona euro. Według ujawnionych wiadomości, napisał do niego wieczorem, kilka godzin przed oficjalnym ogłoszeniem. Insider trading w wersji klubowej – luksusowy skandal ubrany w demokrację.
Mandelson, wnuk legendarnego Herberta Morrisona, tłumaczy dziś, że po prostu „musi się zresetować”. Tyle że jego reset posłał w tryb awaryjny całe brytyjskie państwo.
Starmer, który kilka miesięcy temu występował na tle czerwonych flag jako reformator i moralny odnowiciel lewicy, dziś broni się jak księgowy złapany na kreatywnej księgowości. Próbuje przekonywać, że nie wiedział wszystkiego o przeszłości Mandelsona. A może nie chciał wiedzieć?
CYNICZNYM OKIEM: W brytyjskiej polityce nikt nie upada sam. Zawsze pociąga za sobą ludzi, którzy jeszcze wczoraj mówili: „to człowiek o wyjątkowym autorytecie”.
Starmer spotkał się z zespołem w poniedziałkowy poranek, przekonując, że nie zrezygnuje. Żałuje? Tak. Rezygnacja? Nigdy. Słowa godne kapitana, który byłby godny podziwu, gdyby jego statek nie nabierał właśnie wody wszystkimi lukami.
Tego samego dnia odszedł jego dyrektor komunikacji, Tim Allan, a dzień wcześniej szef sztabu, Morgan McSweeney – architekt historycznego zwycięstwa Partii Pracy. Zostali po nim lojalni, zmęczeni i wściekli.
Downing Street mówi oficjalnie o „budowaniu nowego zespołu”. W tłumaczeniu z języka polityki na ludzki – każdy ratuje reputację, zanim premier zatonie.
Niepokój w partii i poza nią. Grzech pierworodny nominacji
Ciąg zdarzeń przybrał wymiar lawiny. Lider szkockiej Partii Pracy, Anas Sarwar, zażądał natychmiastowej dymisji Starmera. W Szkocji poparcie dla Laburzystów spadło tak nisko, że partia zaczyna ustępować nie tylko SNP, ale i populistycznej Reform UK, ugrupowaniu jeszcze niedawno traktowanemu jak ciekawostka. Dla brytyjskiej lewicy – alarmowy sygnał, że coś pękło nie tylko w gabinetach, lecz także w sercach wyborców.
Z prawej flanki nadciągała przewidywalna salwa. Kemi Badenoch z Partii Konserwatywnej stwierdziła, że Starmer „kołysze się na wietrze jak plastikowa torba”. Mało subtelne, ale wyjątkowo trafne. W tej historii nie ma już nawet ideologii – jest tylko polityczne rozkładanie rąk.
Jeden z posłów Partii Pracy anonimowo powiedział agencji Reuters: „To jak oglądać powolny wypadek samochodowy”. Być może to najuczciwsze streszczenie sytuacji, jakie padło z ust parlamentarzysty od czasów Brexitu.
Skandal bierze swój początek w decyzji Starmera z 2024 roku, gdy – wbrew zdrowemu rozsądkowi – nominował Mandelsona na ambasadora Wielkiej Brytanii w Waszyngtonie. To miała być symboliczna misja odnowienia więzi z Ameryką, a okazała się przypomnieniem, że brytyjski establishment ma nieprzyzwoitą słabość do ludzi z przeszłością.
Wtedy jeszcze plotki o kontaktach Mandelsona z Epsteinem traktowano jak brudy wyciągane przez tabloidy. Dziś, po ujawnieniu akt Departamentu Sprawiedliwości USA i otwarciu śledztwa o „nadużycia w urzędzie publicznym”, nie ma już miejsca na interpretacje. Mandelson został odsunięty od obowiązków i już nawet Labour przestała udawać, że cokolwiek da się zamieść pod dywan.
CYNICZNYM OKIEM: To nie pierwszy raz, gdy brytyjska lewica kończy na kolanach przez własne sumienie – i pewnie nie ostatni. W kraju, gdzie „honor publiczny” dawno zastąpiono „zarządzaniem reputacją”, przyznanie się do błędu to akt heroizmu, a nie standard.
Giełda polityczna reaguje – jak zawsze
Wraz z eskalacją afery wzrosły koszty pożyczek rządowych. Inwestorzy, dla których moralność polityczna ma wartość większą niż manifesty, uznali, że premier chwiejący się w fotelu to zły sygnał dla funta. Rynek nie ma ideologii – ma rachunek ryzyka. A ten rośnie z każdym zdaniem o „pełnym poparciu” ze strony partyjnych kolegów.
Ed Miliband próbował ratować sytuację, pisząc na X, że „to nie czas, by rząd zamykał się w sobie”. Slogany o jedności brzmią jak modlitwy na tonącym statku – potrzebne, ale nieskuteczne.
Starmer wciąż odmawia rezygnacji. „Musimy udowodnić, że polityka może być siłą dobra” – powiedział swoim pracownikom. Brzmi jak motto, które miało inspirować, a brzmi jak epitafium. „Siła dobra” okazuje się jednak bezsilna wobec faktów: dwóch najbliższych współpracowników odeszło, partia krwawi w sondażach, a premier traci autorytet szybciej niż Wi-Fi w Pałacu Westminsterskim.
Czy zdoła przetrwać do wyborów? Brytyjska polityka widziała spektakularniejsze cudy – ale rzadko zbudowane na ruinach takiej hipokryzji. Starmer może jeszcze mówić, że ma mandat do zmian, lecz teraz zmiana, której oczekuje kraj, to premier.


