Każdego tygodnia przeciętny człowiek oddaje komuś innemu kolejne osiem godzin swojego życia, robi to nazajutrz i pojutrze, a w sumie poświęci na to około dziewięćdziesięciu tysięcy godzin swojego istnienia. Tej refleksji poświęcony jest materiał, który stawia pytanie rzadko zadawane na głos: kto właściwie zdecydował, że osiem godzin dziennie to właściwa miara. Twórca filmu, występujący w roli narratora prowadzącego krytyczną analizę, od początku zastrzega, że nie jest to opowieść o produktywności, lecz o tym, jak praca została wynaleziona – kto ją zbudował, dlaczego i czego się obawiał, jeśli tego nie zrobi. Teza wyjściowa brzmi przewrotnie, bo zdaniem autora ośmiogodzinny dzień nie wynika z natury, biologii ani ekonomicznej konieczności.
Punktem odniesienia jest tu obraz przeszłości, który przeczy intuicji. Jak przekonuje prowadzący, średniowieczni chłopi pracowali zazwyczaj od stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu dni w roku, a ich rytm wyznaczały zbiory, pogoda i chroniony przez kalendarz kościelny czas świętowania. Przekonanie, że człowiek zawsze pracował ciężko i nieprzerwanie, autor nazywa wprost jednym z najskuteczniejszych elementów propagandy, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. System ten, jak twierdzi, budowano w trzech etapach, przez trzy kolejne instytucje, na przestrzeni pięciu stuleci, aż powstała populacja, która sama pilnuje własnego wyczerpania i nazywa to cnotą.
Kalwin, czyli jak odpoczynek stał się grzechem
Pierwszy etap rozegrał się w sferze duchowej. Autor stawia pytanie, jak skłonić całą populację do cięższej pracy dobrowolnie, bez łańcuchów i bez żołnierza przy drzwiach. Odpowiedź brzmi, że nie zagraża się ciału, lecz czemuś, czego nie można zobaczyć – duszy.
Narzędziem stała się doktryna predestynacji, zbudowana na początku XVI wieku przez teologa Jana Kalwina. Głosiła ona, że Bóg jeszcze przed narodzinami człowieka rozstrzygnął, kto zostanie zbawiony, a kto potępiony. Żadna spowiedź, pokuta ani modlitwa nie mogły tego zmienić, co dla głęboko religijnej społeczności było psychologiczną katastrofą.
Kalwin zaoferował jednak wąskie wyjście. Nie można było zapracować na zbawienie, lecz można było szukać jego oznak, a najbardziej widoczną z nich okazał się sukces doczesny, dyscyplina i pracowitość. Jednym ruchem odpoczynek stał się grzechem, a mozolna praca jedynym dowodem, że dusza nie została potępiona.
Autor odwołuje się tu do klasycznej analizy socjologicznej. Max Weber w wydanej w 1905 roku pracy „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” wskazał ten właśnie moment jako narodziny nowoczesnej etyki pracy. Ludzie pracowali ciężej nie z konieczności, lecz, jak ujmuje to prowadzący, ponieważ byli przerażeni o swoją wieczną duszę.
Najgłębsze spostrzeżenie Webera autor przytacza jako odwrócenie powszechnego przekonania. To nie kapitalizm stworzył etykę pracy, lecz etyka pracy stworzyła kapitalizm. Moralna klatka powstała pierwsza, a system ekonomiczny po prostu się do niej wprowadził i zadomowił.
CYNICZNYM OKIEM: Najtańszym nadzorcą okazał się ten, którego nikt nie widzi i którego nie da się przekupić. Strach o duszę pracował wydajniej niż każdy bat – i nie żądał wypłaty.
Fabryka, szkoła i arytmetyka Russella
Sama teologia nie wystarczyła jednak, by wydobyć z ludzi dwanaście godzin codziennej pracy. Potrzebny był drugi instrument, który autor nazywa nie maszyną produkcyjną, lecz maszyną pomiarową. Tę część opowieści opiera na eseju historyka E.P. Thompsona z 1967 roku.
Przed rewolucją przemysłową czas przeżywano inaczej, bo robotnicy nie myśleli w godzinach, lecz w zadaniach. Pracowano, dopóki pole nie zostało zaorane, a chleb upieczony, po czym następował odpoczynek. Praca i odpoczynek były nierozłączne, a wypoczynek stanowił naturalne dopełnienie pracy.
Fabryka zniszczyła ten porządek całkowicie. Jej właściciel potrzebował ciał obecnych przez ustalone, zakupione okresy, niezależnie od tego, czy jakiekolwiek zadanie zostało ukończone. Logika pola ustąpiła logice zegara, a dzwony kościelne zastąpiły fabryczne gwizdki.
Argument Thompsona autor referuje jako szczególnie przenikliwy. „Zegar nie mierzył pracy, on ją wytwarzał” – przytacza prowadzący, wyjaśniając, że urządzenie to zamieniało ludzki czas w jednostki, które mogły stać się własnością kogoś innego.
Właściciele fabryk rozumieli przy tym, że dorosłemu przyzwyczajonemu do rytmu pór roku nie da się narzucić zegara bez oporu. Dlatego sięgnęli wcześniej, do dzieci. Pierwsze masowe szkoły publiczne w przemysłowej Anglii, jak twierdzi autor, nie powstały, by edukować, lecz by trenować siedzenie w miejscu i reagowanie na dzwonek.
W ten sposób dyscyplina mierzonego czasu zostawała wpisana w ludzki układ nerwowy, zanim dziecko zdołało ją zakwestionować. Posługując się metaforą, autor podsumowuje, że Weber dał pracy duszę, a fabryka dała jej szkielet, tworząc człowieka, który nie potrafił już wyobrazić sobie życia bez niej.
Trzeci etap to perspektywa polityczna, którą autor wiąże z postacią Bertranda Russella. W 1932 roku, u szczytu Wielkiego Kryzysu, filozof napisał esej „Pochwała próżniactwa”, otwierając go prowokacyjnym wyznaniem, że na świecie wykonuje się o wiele za dużo pracy, a przekonanie o jej cnocie wyrządza ogromne szkody.
Argument Russella autor przedstawia jako czystą arytmetykę. Już w 1932 roku wydajność przemysłu pozwalała zaspokoić podstawowe potrzeby cywilizacji przy czterech godzinach pracy dziennie. Pozostałe cztery służyły albo produkcji dóbr luksusowych, albo utrzymywaniu ludzi w zmęczeniu zbyt wielkim, by rozwinęli najbardziej obawianą rzecz: świadomość polityczną.
Wszyscy trzej myśliciele dostrzegli, według prowadzącego, tę samą prawdę. Wypoczęty człowiek czyta, myśli i zadaje pytania o architekturę społeczeństwa, podczas gdy wyczerpany wraca do domu, je, śpi i nazajutrz wraca do pracy, ani razu nie podniósłszy wzroku. Utrzymywanie zbędnej pracy nie było więc przypadkiem ekonomicznym, lecz strategią polityczną ubraną w język cnoty.
CYNICZNYM OKIEM: System osiągnął perfekcję w chwili, gdy strażnik przestał być potrzebny. Robotnicy zaczęli pilnować wyczerpania nawzajem – i własnych dzieci – całkiem za darmo, w imię godności.
Wniosek Russella autor przytacza jako pytanie, które nigdy nie doczekało się odpowiedzi: skoro do utrzymania cywilizacji wystarczą cztery godziny, a pracujemy osiem, to kto zatrzymuje pozostałe cztery i dlaczego na to przystaliśmy. Co więcej, od tamtej pory powstały komputery, algorytmy i maszyny, więc uczciwe wyliczenie wskazywałoby dziś na coś bliższego dwóm godzinom.
Stąd płynie najmocniejsza konkluzja całego materiału. Skoro technologia ewoluowała, a ośmiogodzinna klatka nie, to znaczy, że nigdy nie chodziło w niej o pracę. Ilość wymaganego wysiłku, jak referuje autor za Russellem, dotyczyła nie tego, czego potrzebowała cywilizacja, lecz tego, czego władza potrzebowała od jednostki.
Tak powstał, w ujęciu prowadzącego, człowiek czujący się winnym z powodu bezczynności i mierzący własną wartość godzinami produktywności. Wraca on do pracy w każdy poniedziałek nie dlatego, że musi, lecz dlatego, że zapomniał, iż wybór kiedykolwiek do niego należał. Materiał nie zamyka tej refleksji gotową receptą, lecz odsyła do pytania postawionego niemal wiek temu – wciąż pogrzebanego, jak gorzko zauważa autor, pod kolejnymi warstwami pracy i poczucia winy.



