W Sądzie Apelacyjnym dla Jedenastego Okręgu Stanów Zjednoczonych doszło do dziwacznej kontrowersji. Sędzia federalny otrzymał naganę za wielokrotne, głośne zbliżenia seksualne z funkcjonariuszem policji, do których dochodziło w godzinach pracy w gabinecie. Mimo że sędzia okłamywał śledczych i zakłócał pracę personelu sądowego, Jedenasty Okręg zdecydował się na nałożenie jedynie „prywatnej nagany” oraz zatajenie tożsamości sędziego sądu dystryktowego. Osoby śledzące sprawy prawne połączyły jednak fakty i wskazały jednego z sędziów w Atlancie jako prawdopodobnego sprawcę.
W lutym Rada Sądownicza wydała postanowienie o prywatnej naganie, a dokument zawierał szereg szczegółów, które profesor prawa John Blackman przeanalizował z dużą skrupulatnością. Choć przyznaje on, że nie potrafi definitywnie udowodnić swojej tezy, oświadczył, że „istnieje tylko jeden sędzia, który spełnia wszystkie te kryteria: sędzia sądu dystryktowego Eleanor Ross”. Jego analiza opiera się na zestawieniu dat i okoliczności wymienionych w treści postanowienia.
Ironia daty i tropy prowadzące do tożsamości
Wśród wskazówek dotyczących tożsamości sędziego postanowienie wspomina, że uczestniczył on w „imprezie zwycięstwa prokuratora okręgowego” w 2024 roku, w noc poprzedzającą pierwszy dzień letnich stażystów. Prawybory w Georgii odbyły się 21 maja 2024 roku, a data ta pokrywa się z imprezą z okazji zwycięstwa Fani Willis w demokratycznych prawyborach na prokuratora okręgowego hrabstwa Fulton. Zbieżność ta nadaje całej sprawie dodatkowy, niezamierzony wymiar.
Autor tekstu zwraca uwagę na płynącą z tego ironię. Willis zniszczyła bowiem własną sprawę przeciwko Trumpowi i jego współpracownikom po mianowaniu prawnika, z którym utrzymywała relację seksualną. Powtórzenie podobnego schematu w sądowym otoczeniu czyni zbieg wydarzeń tym bardziej uderzającym.
CYNICZNYM OKIEM: Strażnik prawa zamienia gabinet w sypialnię, a system odpowiada szeptem zamiast wyrokiem. Anonimowa nagana to kara skrojona dokładnie na miarę własnej wygody.
Najbardziej niepokoi jednak nie sama tożsamość sędziego, lecz wniosek Okręgu, że wystarczy wobec niego prywatna i anonimowa nagana. Dzieje się tak mimo zdumiewającego zakresu wykroczeń stwierdzonych przez Radę Sądowniczą. Skala dysproporcji między przewinieniem a reakcją stanowi sedno całego komentarza.
Romans, szantaż i podważona bezstronność sądu
Sąd opisuje powtarzające się zbliżenia w godzinach pracy, które bywały na tyle słyszalne, że urzędnicy i personel trwali w niekomfortowym milczeniu. Drugą osobę określono jako wysokiego rangą funkcjonariusza dużej agencji ścigania. Według postanowienia sędzia stworzył w ten sposób podatność na szantaż, przez dwa lata prowadząc potajemny romans z wybitnym przedstawicielem służb działających na obszarze jego własnej jurysdykcji.
Sytuacja jest tym poważniejsza, że ten sam sędzia rutynowo rozpatrywał sprawy karne. Funkcjonariusz oraz jego wydział prawdopodobnie bywają stronami w postępowaniach toczących się przed tym sądem. Sędzia musi pozostawać niezależny w kontaktach z policją, a intymna relacja z jej wysokim przedstawicielem podważa fundament tej niezależności.
Zamiast przyznać się do zarzutów, sędzia obrał strategię ataku. „Sędzia określił zarzuty jako oburzające i bezpodstawne, kategorycznie zaprzeczając każdemu z nich” – relacjonuje postanowienie. Co więcej, sędzia skierował podejrzenia przeciwko urzędnikowi, który był źródłem zarzutów, sugerując, że ten działał z zemsty.
Sędzia wskazywał, że wielokrotnie upominał tego urzędnika za problemy z jakością pracy. W korespondencji wymieniał między innymi „korzystanie z telefonu komórkowego w sądzie i w biurze”, spóźnianie się oraz noszenie zbyt swobodnego stroju. Postanowienie zawierało maile, w których sędzia przedstawiał urzędnika jako niezadowolonego i niewiarygodnego, co ostatecznie doprowadziło do wszczęcia dochodzenia.
Autor podkreśla wagę samego kłamstwa wobec prowadzących sprawę. Okłamywanie federalnych śledczych może bowiem stanowić przestępstwo na mocy przepisów prawa federalnego, a takie właśnie sprawy mogą trafiać przed tego sędziego. Powstaje więc sytuacja, w której orzekający dopuścił się czynu, jaki sam musiałby osądzać u innych.
W ramach kary sędzia zgodził się nie pełnić funkcji prezesa sądu ani nie zasiadać w komitetach sędziowskich. Mimo to zachował prawo do dalszego orzekania, czyli do najważniejszej z sądowych funkcji. Pełnomocnicy i strony pozostają zaś bez potwierdzenia jego tożsamości, choć istnieje niezliczona liczba spraw, w których mógłby on mieć konflikt interesów.
Autor stawia na koniec pytanie o równość wobec prawa. Gdyby to funkcjonariusz wielokrotnie kłamał przed sądem, trudno wyobrazić sobie, by reakcją była anonimowość i dobrowolne zrzeczenie się przyszłych stanowisk. Jak konkluduje, ustalenie tożsamości sędziego okazuje się łatwiejsze niż zrozumienie rozumowania Rady Sądowniczej.



