Nowoczesne sadownictwo stara się uzyskać maksymalny plon z minimalnej powierzchni przez intensywny system karłowych drzewek na podkładkach krasnych, sadzonych w gęstych rzędach. Dawna wiedza wiejska wiedziała natomiast, jak utrzymać sad rodzinny przez pokolenia bez nawozów mineralnych i chemicznych oprysków. Te dwa podejścia opisują dwie zupełnie różne filozofie czasu.
Dawne sady przydomowe wcale nie były nieekonomiczną stratą przestrzeni. Pełnowymiarowe drzewa owocowe na podkładkach silnie rosnących sadzono z odstępem od ośmiu do dwunastu metrów, otoczone niskim runem łąki kwietnej z koniczyną, mniszkiem, krwawnikiem i jaskrem. Był to precyzyjny ekosystem, w którym jedno drzewo dawało od stu do trzystu kilogramów owoców rocznie przez sześćdziesiąt do stu dwudziestu lat życia. Przestrzeń między drzewami żywiła zapylacze, dawała schronienie drapieżnikom szkodników i służyła za pastwisko dla kur, gęsi oraz owiec.

Dlaczego sad intensywny wygrywa tylko na krótką metę?
Sad intensywny z karłowymi drzewkami w jednorzędowych podporach dostarcza wysokiego plonu w bieżącej dekadzie. Wymaga jednak corocznych zabiegów chemicznych, regularnej wymiany drzewek po piętnastu latach i nieustannej pracy. Krótkie życie podkładek krasnych przesądza o całym tym cyklu.
Sad ekstensywny działa według odwrotnej logiki. Drzewa pełnowymiarowe dają niższy plon w przeliczeniu na hektar, ale stabilny przez wieki, bez nawożenia mineralnego i ochrony chemicznej. Stara jabłoń typu Antonówka, Kosztela albo Sztetyna Zielona może żyć od osiemdziesięciu do stu pięćdziesięciu lat.
Rachunek robi wrażenie, gdy zsumować cały cykl. W szczytowych latach takie drzewo daje do pięciuset kilogramów owoców rocznie. W całym cyklu życia jednego drzewa kumuluje się kilkadziesiąt ton jabłek.
CYNICZNYM OKIEM: Wybraliśmy plon na jedną dekadę i nazwaliśmy to postępem. Drzewo, które rodziło przez stulecie, przegrało z drzewkiem na paliku, które trzeba wyrzucić po piętnastu sezonach.
Co tracimy razem ze starymi odmianami?
Zanik starych sadów ma swoją genetyczną cenę. Spadek liczby sadów przydomowych w polskim krajobrazie w ostatnich pięćdziesięciu latach idzie w parze z zanikiem starych odmian jabłoni odpornych na choroby grzybowe. Mowa o odmianach takich jak Kosztela, Sztetyna Czerwona, Reneta Landsberska, Boiken, Glogierówka czy Malinowa Oberlandzka.
Każda z nich to dorobek wielu stuleci. Stanowi genetyczną pulę odporności gromadzoną przez pokolenia. Nowoczesny program hodowlany nie potrafi odtworzyć tego, co znika wraz z ostatnim drzewem danej odmiany.
Cała różnica sprowadza się do skali czasu. To, co nazywamy „starym”, było po prostu skalibrowane na czas pokoleniowy, a współczesność wybrała plon liczony w dekadach. Rachunek przychodzi z każdą wymianą zniszczonego sadu intensywnego na nowy.
Na szczęście wybór można odwrócić nawet na małej działce. Zamiast dziesięciu karłowych jabłonek na palikach wystarczy jedno pełnowymiarowe drzewo Antonówki, Kosztelki lub Renety Landsberskiej w narożniku ogrodu. W miejsce karłowych odmian deserowych warto sięgnąć po stare śliwy węgierki i renklody, a zamiast formowanego sznura grusz posadzić pojedynczą, naturalnie rosnącą Berę Hardiego lub Konferencję.



