Są takie momenty w geopolityce, kiedy pozornie niepowiązane wydarzenia układają się w schemat tak wygodny dla wszystkich stron, że aż trudno uwierzyć w przypadek. Zawieszenie trójstronnych rozmów pokojowych między Rosją, Ukrainą, a USA z powodu wojny w Iranie jest właśnie takim momentem – i warto przyjrzeć się, kto tak naprawdę odetchnął z ulgą, gdy dyplomatyczne krzesła w Abu Zabi pozostały puste.
Od rozpoczęcia amerykańskiej operacji „Epic Fury” i eskalacji konfliktu z Iranem, który wkrótce wkroczy w trzeci tydzień trwania, mechanizm negocjacyjny w sprawie Ukrainy został faktycznie zamrożony. Ostatnie trójstronne spotkanie odbyło się w lutym w Genewie, tuż przed wybuchem konfliktu irańskiego. Kolejna runda, zaplanowana na 5 marca w Abu Zabi, została odroczona w momencie, gdy irańskie uderzenia odwetowe zaczęły spadać na Zatokę. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow potwierdził to oficjalnie – prace trójstronnej grupy ds. bezpieczeństwa znajdują się w stanie faktycznej, stałej pauzy. Słowo „bezterminowo” wisi w powietrzu jak smog nad Moskwą w styczniu.
Jeden z regionalnych dziennikarzy, powołując się na informacje z biura Putina, ujął to z rzadko spotykaną szczerością: „Podejrzewam, że Moskwa i Kijów po cichu odczuwają ulgę, kończąc tę farsę”. I właśnie w tym jednym zdaniu kryje się więcej prawdy niż w dziesiątkach oficjalnych komunikatów. Bo jeśli spojrzeć na to trzeźwo, żadna ze stron nie miała ani motywacji, ani mandatu do rzeczywistych ustępstw – genewskie rozmowy były dyplomatycznym teatrem, w którym aktorzy znali swoje kwestie, ale nie znali zakończenia sztuki.

CYNICZNYM OKIEM: Wojna w Iranie to najwygodniejszy pretekst, jaki mógł spotkać wszystkie trzy strony ukraińskiego impasu. Moskwa nie musi tłumaczyć, dlaczego nie zamierza oddać Donbasu. Kijów nie musi wyjaśniać, dlaczego nie przyjmuje warunków. A Waszyngton nie musi udawać, że go to jeszcze obchodzi.
Każdy gra na swoim boisku
Kreml, ogłaszając pauzę, nie omieszkał jednocześnie zadbać o swój wizerunek pragmatycznego gracza. Pieskow sprecyzował, że wymiana jeńców wojennych między Rosją a Ukrainą jest kontynuowana – jak gdyby humanitarny gest miał zamaskować fakt, że linia frontu przesuwa się każdego dnia. Rosyjskie wojsko raportuje stałe postępy na wschodzie, ogłaszając zajęcie 12 miejscowości w ciągu pierwszych dwóch tygodni marca. Rosja jest bliska przejęcia kontroli nad całym Donbasem – jednym z kluczowych celów Putina w ramach „Specjalnej Operacji Wojskowej”. Każdy tydzień bez rozmów to tydzień dodatkowych faktów dokonanych na mapie.
Równocześnie Kreml wysyła sygnały, że wysłannik Putina, Kiriłł Dmitrijew, nadal prowadzi rozmowy z Amerykanami w kwestiach gospodarczych. To subtelny, ale czytelny komunikat – Moskwa oddziela sprawę ukraińską od dwustronnych relacji z Waszyngtonem i daje do zrozumienia, że jest gotowa rozmawiać o interesach, ale na własnych warunkach i w wybranym przez siebie tempie. Poprawa stosunków rosyjsko-amerykańskich idzie swoim torem, niezależnie od tego, co dzieje się z Ukrainą – a może właśnie dzięki temu, że Ukraina zeszła z pierwszego planu.
Uwaga Waszyngtonu przesunęła się na Bliski Wschód tak wyraźnie, że administracja Trumpa zniosła nawet niektóre sankcje na tranzyt rosyjskiej ropy do Indii. Ten detal mówi więcej niż jakiekolwiek oficjalne oświadczenie – gdy Ameryka potrzebuje stabilności na rynku energetycznym, by prowadzić wojnę w Iranie, Rosja nagle przestaje być głównym wrogiem i staje się dostawcą, którego lepiej nie drażnić.
Ukraina między deklaracjami, a rzeczywistością
Wołodymyr Zełenski na początku irańskiego konfliktu próbował utrzymać narrację gotowości do rozmów. „Gdy tylko sytuacja bezpieczeństwa i szerszy kontekst polityczny pozwolą nam wznowić trójstronne prace dyplomatyczne, zostanie to zrobione. Ukraina jest na to gotowa” – deklarował, formułując zdanie tak okrągłe i niezobowiązujące, jak przystało na polityka, który wie, że nikt go nie weźmie za słowo. Bo jednocześnie ukraiński rząd kategorycznie odrzuca jakiekolwiek ustępstwa terytorialne, co czyni ewentualne negocjacje z Rosją ćwiczeniem z dyplomatycznej fikcji.
Sam Zełenski zresztą nie ukrywa swoich wątpliwości co do rosyjskiej wiarygodności. „Z jakiegoś powodu niektórzy ludzie na świecie zaczęli brać słowa Putina za dobrą monetę – że gdyby Ukraina nie była obecna w Donbasie, wojna by się skończyła. Mimo wszystkich słów wypowiedzianych wcześniej przez Rosję, agresja tylko się nasiliła i po prostu nie możemy ufać stronie rosyjskiej” – stwierdził na początku marca. To zdanie, choć obliczone na zachodni odbiór, zawiera w sobie gorzką prawdę o naturze tego konfliktu – zaufanie zostało zniszczone na długo przed tym, zanim pierwszy irański pocisk dał wszystkim pretekst do odłożenia rozmów na półkę.
CYNICZNYM OKIEM: Zełenski mówi, że jest gotowy do rozmów, ale nie do ustępstw. Putin mówi, że jest gotowy do rozmów, ale nie do wycofania. Trump mówi, że jest gotowy do rozmów, ale akurat bombarduje Iran. To nie jest pat – to trójstronna zgoda na to, żeby niczego nie ustalać, przy jednoczesnym udawaniu, że się bardzo chce.
Dla polskiego obserwatora ta sytuacja powinna być szczególnie niepokojąca. Zamrożenie rozmów pokojowych przy jednoczesnym rosyjskim marszu przez Donbas oznacza, że konflikt za naszą wschodnią granicą nie zmierza ku rozwiązaniu – zmierza ku nowemu status quo, w którym linia frontu stanie się de facto nową granicą. A im dłużej Ameryka będzie pochłonięta Iranem, tym mniej zasobów, uwagi i woli politycznej pozostanie na sprawę, która jeszcze rok temu miała być priorytetem. Ukraina nie została zdradzona jednym dramatycznym gestem – jest powoli odsuwana na margines przez siłę grawitacji większego konfliktu. I to jest być może najbardziej cyniczny aspekt tej całej historii – że nikt nawet nie musi podejmować decyzji o porzuceniu Kijowa, wystarczy po prostu patrzeć w inną stronę wystarczająco długo.



