Według Ukraińskiego Centrum Oporu Narodowego, Rosja rozpoczęła proces przejmowania prywatnych gruntów rolnych na okupowanym obwodzie ługańskim i przekazywania ich na własność państwa rosyjskiego. Operacja ma charakter formalnie „prawny” – ziemie określa się najpierw jako „porzucone”, a następnie komunalizuje na rzecz Moskwy.
Z ukraińskiego punktu widzenia to czysta konfiskata majątku obywateli zmuszonych do ucieczki przed wojną. „Zmuszają ludzi do opuszczenia domów, a potem ogłaszają ich ziemię niczyją. To grabież przebrana za legalny proces” – napisano w raporcie.

Donbas – spichlerz, który stał się frontem
Ukraina, przez dekady uznawana za „spichlerz Europy”, traci swoje najcenniejsze gleby właśnie tam, gdzie toczy się wojna. Obwody doniecki i ługański, będące sercem regionu Donbas, to dziś ziemia okupowana i zaminowana – dawny eksportowy filar gospodarki zamienił się w pole minowe i mapę politycznych roszczeń.
Ługańszczyzna, niegdyś w połowie rolnicza, w połowie przemysłowa, od 2014 roku znosi skutki konfliktu: bombardowania, zanieczyszczenia, niewybuchy i toksyczne odpady. Teraz dodatkowo staje się elementem rosyjskiego planu kolonizacji, w którym ziemia ma znaczenie strategiczne – i symboliczne zarazem.
CYNICZNYM OKIEM: Ziemia, która karmiła Europę, teraz ma karmić narrację o „wyzwoleniu Donbasu”.
Wojna na glebie i papierze
Proces „nacjonalizacji” ziemi to kolejny etap rosyjskiego programu integracji okupowanych obszarów, w którym mienie prywatne zamienia się w państwowe. To taktyka znana z historii imperium: administracja tworzy dokumenty, które mają nadać przemocy pozory praworządności.
Tymczasem prezydent USA Donald Trump zasugerował, że Ukraina powinna „odpuścić Donbas” w zamian za pokój – co z perspektywy Kijowa brzmi jak zachęta do akceptacji faktów dokonanych. Moskwa natomiast traktuje każdą formalną decyzję o zajęciu terenu jak kolejny krok w procesie „normalizacji” aneksji.
Dla Ukrainy oznacza to nie tylko utratę terytorium, lecz również pozbawienie tysięcy rolników dorobku życia.


